Wehikuł czasu
Nieudaczny Kazimierz –bohater narodów dwóch
Kazimierz Pułaski to jeden z tych bohaterów, których polska pamięć narodowa kocha za to, że… nie zdążyli narobić sobie większego wstydu w kraju. W Ameryce – proszę bardzo, ojciec kawalerii, wybawca Waszyngtona pod Brandywine, pomnik, ulice, szkoły. A w Polsce? Cóż, tu zapisał się głównie jako człowiek, który miał szansę zostać naszym Robespierre’em, ale… To […]
Kazimierz Pułaski to jeden z tych bohaterów, których polska pamięć narodowa kocha za to, że… nie zdążyli narobić sobie większego wstydu w kraju.
W Ameryce – proszę bardzo, ojciec kawalerii, wybawca Waszyngtona pod Brandywine, pomnik, ulice, szkoły. A w Polsce? Cóż, tu zapisał się głównie jako człowiek, który miał szansę zostać naszym Robespierre’em, ale…
To jest ta część biografii, którą podręczniki historii omijają z gracją baletnicy, bo trudno wytłumaczyć młodzieży, że bohater narodowy nie potrafił skutecznie porwać monarchy, który jeździł po mieście z eskortą mniejszą niż dzisiejszy radny powiatowy.
CZY MASZ JUŻ NOWY NUMER? KUP TERAZ:
A zaczęło się przecież jak z podręcznika rewolucjonisty. Konfederacja barska ogłasza (w 1770 roku) bezkrólewie. Kilka miesięcy później Pułaski – młody, odważny, z fantazją – bierze na siebie misję jego wyegzekwowania. Czyli: porwać króla, wywieźć, zabić, zmienić bieg historii. Ustalają to wszystko na Jasnej Górze, co już samo w sobie brzmi jak żart, a potem Pułaski rusza na Warszawę… i dochodzi tylko do Skaryszewa. Tam jego eskapada zostaje powstrzymana przez oddział podpułkownika Langa. Rewolucja rewolucją, ale marszów bez przeszkód nikt nie obiecywał.
Mimo to spisek działa. Bo w końcu w stolicy, na ulicy Koziej, napad się powiódł. Król w rękach porywaczy, hajducy uciekli, wszystko idzie jak w zegarku. I wtedy zaczyna się to, co jest absolutnie polskie i niepowtarzalne: kompletny brak planu. Zamachowcy wiedzą tylko, że mają króla porwać. Co dalej? Cisza. Zero instrukcji. Zero logistyki. Zero myślenia. Jakby Pułaski zakładał, że samo porwanie załatwi resztę, a król po prostu zniknie z monarchicznego systemu jak plik z pulpitu.
Tu się zaczyna historia jak z komedii pokroju Gangu Olsena.
Stanisław August, choć wojownikiem nie był, miał jedną umiejętność: dobre gadane. I zagadał porywaczy tak skutecznie, że zaczęli znikać po drodze jak uczestnicy źle zorganizowanego wyjazdu integracyjnego. Jeden zapisał się jako pierwszy porywacz, który oddał ofierze własny but (Stanisław August w zamieszaniu stracił jeden ze swoich), po czym zaczął się zastanawiać, jak mu pomóc. Taki syndrom sztokholmski à rebours. Ponoć „zaczął żałować tego, co robi”, co jest pięknym eufemizmem na: król go przekupił albo przekonał, albo jedno i drugie.
A Pułaski? Gdzie w tym wszystkim nasz wódz naczelny, organizator, przyszły bohater dwóch narodów? Ano – jak tylko się dowiedział, że król jest wolny, a sprawa pachnie szubienicą, po prostu prysnął z Polski jak nie przymierzając Ziobro jakiś. I tyle było z rewolucji. Zamiast polskiego Cromwella – miękiszon.
Pułaski, tułając się po Europie, nigdzie niechciany jako domniemany królobójca, w końcu został wynaleziony przez Benjamina Franklina, który wyszukiwał awanturników-oficerów bez przydziału dla Armii Kontynentalnej. Trafia więc (w 1777 roku) do Ameryki. I tam wreszcie błyszczy. Bo tam nie kazano mu organizować zamachów ani w ogóle niczego organizować. Tam kazano mu robić to, co umiał: szarżować, być odważnym, ginąć w glorii.
W Polsce powinien zostać bohaterem memów. A tak – mamy polsko-amerykańską legendę. W tym roku za oceanem jego nazwisko będzie pewnie często przypominane w ramach szumnych obchodów 250. rocznicy Deklaracji Niepodległości. Uczciwość nakazuje jednak przypomnieć, że zanim został ojcem amerykańskiej kawalerii, był ojcem najbardziej nieudolnego zamachu w dziejach Rzeczypospolitej.