PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Miasto

Plaża „Krokodyl” nad Wisłą

Krzysztof Jakubowski
Miasto Krzysztof Jakubowski

Plażowanie, czyli korzystanie z uroków kąpieli słonecznych, zwykle w sąsiedztwie wody, uznajemy dziś za coś zupełnie zwyczajnego. Tymczasem to obyczaj stosunkowo młody, który zyskał rację bytu zaledwie 100 lat temu w wyniku ewolucyjnych przemian obyczajowych,
jakie nastąpiły po I wojnie światowej.

Począwszy od lat 20. nie obrażała już publicznej moralności możliwość swobodnego plażowania obojga płci, co dotąd dopuszczalne było tylko w odległych nadmorskich kurortach. Warto jednak przypomnieć, że opalenizna jeszcze długo nie była w modzie, bo uważano, że przystoi raczej chłopkom niż panienkom z dobrego domu czy damom z tak zwanego towarzystwa. Dlatego w powszechnym użyciu jeszcze do połowy ubiegłego stulecia były słomkowy kapelusz i lekka parasolka.

Przewrót w tej subtelnej materii zawdzięczają panie podobno samej Coco Chanel. W 1923 roku słynna już wówczas dyktatorka mody podczas rejsu w okolicach Cannes najzwyczajniej zdrzemnęła się w ostrym słońcu, a później obnosiła się z oryginalną brązową opalenizną. Tak to się zaczęło. Podobno…

W Krakowie pierwsza profesjonalna plaża powstała w lipcu 1930 roku w sąsiedztwie klasztoru Norbertanek, na tyłach ul. Flisackiej. Jej dzierżawca – Towarzystwo Uniwersytetu Robotniczego (oświatowa przybudówka PPS) – zadbał prawie o wszystko. Wiślany brzeg wysypano piaskiem, powstał drewniany budynek z szatniami wsparty o mur przeciwpowodziowy, ustawiono urządzenia sportowe i kosze wiklinowe, nie zabrakło nawet transmisji radiowych.

Nazwa plaży odwoływała się do słynnego zdarzenia z końca XIX wieku. Z jednego z objazdowych cyrków uciekł wtedy najprawdziwszy aligator i czmychnął do Wisły. Kiedy włościanie z Mogiły zaalarmowali władze o bestii, która wychodzi z rzeki i pożera im żywy inwentarz, z Krakowa udała się ekspedycja myśliwych z drukarzem i wydawcą Wacławem Anczycem na czele. Niemal dwumetrowego aligatora zastrzelono i przekazano do PAU. Wypchany gad jest do dziś rezydentem Muzeum Zoologicznego UJ przy ul. Ingardena.

„Krokodyl” był pierwszą w pełni profesjonalną i nowoczesną plażą, położoną blisko centrum miasta, dodatkowo obok atrakcyjnego, bo kaskadowego wtedy ujścia Rudawy. Nie należy jednak zapominać, że na peryferiach Zwierzyńca, tuż za rogatką zwierzyniecką (tą przy ul. Księcia Józefa), ale jeszcze w granicach miasta, działała już od kilku lat podobna plaża. Formalnie urządzono ją w 1925 roku, choć wiadomo, że plażowano tam już wcześniej. Dojście do niej biegło dzisiejszą ul. Wioślarską, tuż za stojącą jeszcze wówczas w sąsiedztwie jednej z ostatnich bram fortecznych. Plaża wyposażona w drewniany budynek szatni, bufet i huśtawki była inicjatywą dowództwa 5. Pułku Saperów, w którego gestii pozostawał wtedy kilkuhektarowy teren pomiędzy ul. Księcia Józefa a brzegiem rzeki.

Tamta plaża straciła rację bytu zapewne wraz z powstaniem o wiele dogodniej położonego „Krokodyla”. Po ostatniej wojnie siłą tradycji piknikowano tam jeszcze w najlepsze, jednak wkrótce zapadła mocno chybiona decyzja o budowie właśnie w tym zalewowym miejscu potężnego obiektu Kolejowego Klubu Wodnego (1953–1955). Podczas kilku wielkich powodzi – między innymi w 1960, 1970 i 1997 roku – klubowy obiekt, zalany zawsze do okien parteru, był przez kilka dni odciętą od świata wysepką.

Z „Krokodylem” zaczęła konkurować wkrótce plaża oficerska z drewnianym dwukondygnacyjnym budynkiem i kawiarenką na wolnym powietrzu, urządzona w latach 1932–1933 tuż przy moście po stronie Dębnik. Jej właścicielem i zarządcą była, powołana przez emerytowanych oficerów wojska, Spółka z o.o. „Plaża Wawel”. Lokalizacja w sąsiedztwie mostu była niezbyt wygodna, choć wymuszona, bowiem na samym cyplu stała wielka, legendarna dziś willa Rożnowskich, zajmowana wówczas przez Zarząd Dróg Wodnych. Dopiero po jej rozbiórce rozpoczętej jesienią 1937 roku i finalizacji prac związanych ze skróceniem cypla o około 40 metrów plaża mogła zająć większy i dogodniejszy teren.

Plaża „Krokodyl”, choć mocno zdewastowana przez wielką powódź w 1934 roku, przetrwała do wybuchu wojny. Ostateczny cios zadała jej ciężka zima 1939/1940 i liczące ponad pół metra grubości kry, które ruszyły wiosną. Wkrótce okupacyjny zarząd miasta wydał decyzję o rozbiórce drewnianego budynku. Pozostawiono tylko mocno posadowiony w wale ażurowy szkielet konstrukcji, być może z myślą o odbudowie. Do reaktywacji „Krokodyla” nigdy jednak nie doszło, choć Wojewódzki Komitet PPS wystąpił w 1948 roku z koncepcją odbudowy 30-metrowego drewnianego budynku i zgodę taką otrzymał.

Chociaż po tamtej plaży nie było już śladu, długo jeszcze teren wokół ujścia Rudawy był popularnym miejscem niedzielnego, rodzinnego odpoczynku i kąpieli. Mimo że w 1961 roku ze względu na skalę zanieczyszczeń zakazano kąpieli w Wiśle, nikt tego nie przestrzegał. Niezapomniane były pikniki przy kaskadowym ujściu Rudawy. Siadało się na stopniach, a woda leniwie lała się na plecy, żyć nie umierać… Doświadczał tego jeszcze piszący te słowa. Tak było aż do jesieni 1965 roku, kiedy to Wisła ujęta została w nieszczęsne betonowe koryto, a lustro wody podniosło się o 2 do 3 metrów. Zatopiona została wówczas mało znana pamiątka z okresu trzeciorzędu – szarożółta, mioceńska ławica ostryg, widoczna zwłaszcza przy niskich stanach Wisły. Dla mniej wtajemniczonych ławica była po prostu wyłaniającą się łagodnie z wody podłużną skalistą wysepką u stóp klasztoru Norbertanek.

Ilustracja: Kraków, plaża, fot. NAC

Tekst ukazał się w numerze 5-6/2025.