PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Rekomendacje

Wspomnienie: Stanisław Janicki

Łukasz Maciejewski
Rekomendacje Łukasz Maciejewski

W starym kinie.

Zmarł Stanisław Janicki.

Pomimo imponującego wieku, wciąż był twórczy i zaangażowany.

Umawialiśmy się na sierpień – miał być gościem Festiwalu Andrzeja Wajdy w Suwałkach – „Wajda na Nowo”.

Cieszył się na to spotkanie.  

I ja się cieszyłem.

Wiedziałem, że to będzie ważna okazja, żeby Panu Janickiemu raz jeszcze powiedzieć, jak jestem mu wdzięczny.

Że ilekroć słyszę charakterystyczną melodię Władysława Szpilmana, oczyma wyobraźni widzę czołówkę „W starym kinie” autorstwa Ryszarda Radwańskiego, animację ze starszym panem, z parasolką, przemierzającym stare ulice, stare kamienice, i w finale tego spaceru trafiającego do starego kina. „Małego kina Petit Trianon”.

Stanisław Janicki nie był dla mnie, dzieciaka, rzeczywisty. Wtedy jeszcze nie był. Rzeczywiste było podwórko, trzepak, a nawet czarodziejski pierścionek księżniczki Arabeli, którego odpustowe wariacje przekręcane były przez nas z nadzieją na podobne cuda, a traciły nawet cudowne kolorowe główki i serca, ale pan Janicki z programu „W starym kinie” nie był rzeczywisty.

Trochę przypominał mi dom babci, ale tylko trochę, miał ciemne okulary, nie wymawiał „r”, i wiedział wszystko. O kinie, które wtedy wydawało się jakąś archaiczną krainą, krainą z nieprawdy i z udziwnień, a przecież pod koniec lat osiemdziesiątych, bo wtedy włączyłem się do oglądania „W Starym Kinie”, to stare nie było takie znowu stare. Miało po pięćdziesiąt, po czterdzieści lat, podobnie jak gospodarz programu. Mnie jednak, dziecku, Janicki wydawał się postacią nie z tej ziemi, nie z tego świata, z jakiejś celuloidowej magii, która pociągała i dziwiła, chociaż było to tylko przeczucie.

Pewnie nudziłem się niekiedy na filmach ze Jadziunią Smosarską, nie bardzo śmieszyła pani Ćwiklińska, ale zachwycał Chaplin, zastanawiał Buster Keaton, fascynował Lloyd i Stroheim, nie mówiąc o mikrowykładach Stanisława Janickiego, w których nie było poczucia wyższości, popisu akademickiego, ale właśnie frajda z pasji kinomana, dzielenie się wiedzą, ciekawostki, anegdoty. Zarażał pasją. Zarażał tysiące, może miliony.

Ten trzydziestoletni cykl telewizyjny, który firmował, stanowi clou, jest dokonaniem tak wartościowym i ważnym dla kilku pokoleń wrażliwych na kino osób, że nic w biografii pana Stanisława nie idzie z tym w parze (pomimo szacunku dla jego filmów, książek, radiowych opowieści).

Moje kino było stare. Nowe uczyło się od starego, wiedziało że wiele może się nauczyć.

Dlatego jestem wdzięczny.