PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Słowo

Wspomnienie: Krzysztof Piesiewicz

Witold Bereś
Słowo Witold Bereś

Było tyle czasu…

Dobry wieczór panie Witoldzie… Mówi Krzysztof Piesiewicz. Czy nie za późno dzwonię do Pana?
Szczerze? Zwykle było bardzo późno. Jeszcze szczerzej? Te rozmowy kończyły się w środku nocy i były cholernie absorbujące. Najszczerzej? Nigdy nie pomyślałem, aby ich unikać czy je przerywac. I to nie tylko, ze rozmawiałem z jednym z największych polskich humanistów. Ale po prostu dlatego, ze otwierał sie przede mną istny szekspirowski audio dramat  w wersji najokrutniejszej.

To była wielowątkowa, wielo, wielogodzinna opowieść człowieka na którego zapolowały najmroczniejsze siły. Opowieść wyczerpująca narratora, ale i ze mnie, od zawsze pożeracza kultury krzyżującej się z polityką, wyciągająca resztki oporu. Jak to przypadkowo poznana kobieta wprosiła się do domu KP, pięknej willi na warszawskim Żoliborzu, a o tym co się działo później dowiedział się z jednego z brukowców następnego dnia, gdy się ocknął. Że niby stroił się w kobiece łaszki (to Piesiewicza, faceta z facetów dawnych czasów, bolało bodaj najbardziej), że brał kreskę koki, ze świntuszył… i o tym, że tak naprawdę nikt właściwie od niego nie chciał okupu za milczenie – jego po prostu chciano zniszczyć.
Głos mu drżał, gdy po wielokroć, jak zdarta płyta, przeskiwał wracając do tego upokorzenia przez największe U, które ktoś mu zafundował.
Ale jeszcze mocniej glos mu drżał, gdy relacjonował jak to jego przyjaciele polityczni (był senatorem), dla dobra swego obozu, natychmiast się go wyparli, choć od razu było jasne, ze to prowokacja w prowokacji. Jak poprowadził swoje prywatne śledztwo (prokuratura i organa ścigania pracowały tak, by kończyć dzień pracy przed 15). Jak to bardzo szybko dotarł do mężczyzny, który trafił do kręgu podejrzanych, którzy u zarania wolnej Polski byli przesłuchiwani w związku z zamordowaniem jego, Piesiewicza, matki.
A jego matka była torturowana i zamordowana niemal dokładnie tak, jak w głębokiej komunie ks. Popiełuszko, w wyjaśnienie mordu którego Piesiewicz się zaangażował potężnie.
I powtarzał mi: Wie Pan, ja przegrałem , zawsze będą już o mnie mówić jak o naćpanym tranwestycie.
I odpowiadanie mu, ze nie, ze on i Kieślowski to najjaśniejsze punkty polskiej kultury, oczywiście nic nie dawało.
Miałem zrobić o tym książkę – nie zrobiłem. Film chciałem wyprodukować, bo w końcu świetna książkę z KP zrobił Michał Komar, ale nie było kasy. A wreszcie ktoś mi powiedział: Ale to już nikogo nie interesuje…
Ta mroczna historia, wbrew obiegowej opowieści, nie ma końca, nie ma rozwiązania i na pewno dobrze zrobiona byłaby interesująca dla całego świata.
A ja niedawno, zafrapowany deszczo-szarymi opowiadaniami mojej serdecznej koleżanki, obiecałem sobie, że pojedziemy redakcyjnie do „Piesia”, i przynajmniej dam koleżeństwu w prezencie ogromny świat wartości i wyobraźni tego niezwykłego człowieka.
Ale przeciez ciagle bylo jeszcze tyle czasu…

Ilustracja: Kancelaria Senatu Rzeczypospolitej Polskiej, wikipedia