Noty ze świata
PROZA ZAPOZNANA: Opowieści znad Tanwi
Lubuskie Wawrzyny cz.4
(do spokojnego czytania)
„Ławki schłostane strugami deszczu, wysmagane wiatrem i spalone słońcem; popękane, z wyrytymi kozikiem wyznaniami, że ktoś kogoś (…) Niektóre koślawe, nadwyrężone przez korniki i czas, szare jak tutejsze życie, jak każdy letni dzień tygodnia. Blask bił od tych nowych z bukowej deski (…) skrojonych według wszelkiej sztuki stolarskiej jak ubogie krewne przykucnęła przy drewnianych sztafetach wiejskich o płotków, ciągnący się szpalerem wzdłuż prostej jak strzelił nitki asfaltu. Ławki – nieodłączna część tamtego krajobrazu – były od zawsze, odkąd pamięta. Puste jak wnętrze kościoła w powszednie dni i oblegane wieczorami. Chłopaki i dziewczyny spotykali się na potajemnych schadzkach. W niedzielne popołudnie brała je w posiadanie starszyzna: starzy ludzie, okutani szczelnie w stare ubrania, babki w chustkach, dziadki w kaszkietach. O ogorzałych, pobrużdżonych twarzach z zapadniętymi policzkami. Samotni jak przydrożne świątki”.
Edward Derylak, Opowieści znad Tanwi, Związek Literatów Polskich – Oddział w Zielonej Górze, 2025
Są książki, które próbują opowiadać wielką historię. I są takie, które wiedzą, że historia naprawdę dzieje się gdzie indziej – na ławce przed domem, na drodze między wsiami, w rozmowie dwóch ludzi, którzy dobrze wiedzą, że świat, który znali, powoli znika.
Ten zbiór historii rozgrywających się gdzieś na Roztoczu, w dorzeczu Tanwi, w ostatniej dekadzie XX wieku – to ta druga kategoria. W świecie, który jeszcze niedawno był codziennością, a dziś istnieje już właściwie tylko w pamięci tych, którzy go przeżyli.
W posłowiu Andrzej Kasperek sugeruje, że mamy tu do czynienia z literaturą wiejską, a może nawet z kolejną odsłoną tradycji tak zwanej literatury chłopskiej. Trudno nie pomyśleć o autorach takich jak Julian Kawalec, Tadeusz Nowak czy Edward Redliński.
Niby tak. Owszem – jest tu wieś, jest krajobraz Roztocza, jest pamięć świata chłopskiego. Jednak najważniejszy ton tej prozy to elegia. Elegia świata, który odchodzi.
Nie ma tu wielkich dramatów historycznych ani spektakularnych wydarzeń. Są drobne historie – spotkania, rozmowy, gesty, małe konflikty, codzienne radości i smutki. To literatura bardzo bliska temu, co w polskiej prozie reprezentowali choćby Marek Nowakowski czy Kazimierz Orłoś: opowieści o małych środowiskach, małych społecznościach, małych historiach.
Bo świat, który opisuje Derylak, był – jak to zwykle bywa z pamięcią – jednocześnie szary i kolorowy. Był biedny, czasem brudny, czasem twardy. A jednak miał w sobie coś, co dziś trudno już odnaleźć: pewien rytm życia, który wynikał z miejsca, z przyrody, z sąsiedztwa.
Roztocze Derylaka nie jest pocztówką turystyczną. Jest przestrzenią zamieszkaną przez ludzi z krwi i kości.
Siedzą na ławkach przed domami. Rozmawiają. Kłócą się. Marzą. Piją. Czasem milczą. Czasem wspominają. Czasem próbują zrozumieć świat, który coraz szybciej im się wymyka.
Można sobie wyobrazić, że kiedyś na ławkach przed sklepem siedziały starowinki w chustkach i młodzi chłopcy w wyblakłych koszulach. Dziś młodzi stoją przed Żabką, piją napoje energetyczne zamiast piwa i przeglądają telefony. Te same niepokoje. Te same marzenia. Ta sama potrzeba bycia razem. Ten sam lęk przed samotnością. Ten sam, bardzo ludzki upór, żeby życie – nawet skromne – miało sens.
Bo czy naprawdę tak wiele się zmieniło? W gruncie rzeczy książka Derylaka daje coś innego – w jego małych historiach odbija się coś większego: emocje ludzi, które wcale nie należą tylko do przeszłości.
Może dlatego „Opowieści” czyta się z takim spokojem. To książka, która nie próbuje nikogo pouczać ani przekonywać. Po prostu opowiada.