Noty ze świata
Mój pierwszy Szczecin. Śladami Jerzego Pilcha
“Czy wybierzesz się z nami 11 kwietnia do Szczecina?” – usłyszałam w połowie marca od redaktora naczelnego Magazynu „Kraków i Świat” Witolda Beresia. Na hasło przygoda odpowiedziałam: ahoj! Zwłaszcza że wyprawa dotyczyła wizyty w teatrze, konkretnie – Teatrze Polskim w Szczecinie.
By zobaczyć spektakl, na którym mi zależy, potrafię pokonać sporą odległość. Liczoną zazwyczaj w dziesiątkach kilometrów, jak na przykład z Bielska-Białej do Krakowa czy Katowic albo z Krakowa do Warszawy. Ale żeby jechać do teatru prawie 700 kilometrów?! Ktoś może ocenić: oszalała!, ja podekscytowana odpowiem: z przyjemnością!
Sztuka, na którą zaproszenie otrzymałam, zatytułowana była „Pilch/Dzienniki”. Na podstawie dzienników, felietonów, biografii i znajomości z Jerzym Pilchem, czujnym, łebskim, mistrzowskim w dobieraniu słów literatem, spektakl wyreżyserował Artur „Baron” Więcek, zaś scenariusz napisała, przy współpracy z reżyserem, Agata Dąbek. Opowieść o Pilchu trafiła na afisz Teatru Polskiego w Szczecinie 18 października 2025 roku, przyjechałam zatem nie na premierowy, ale jeden z kolejnych już setów spektaklu. Teatr zapowiadał go tak: „To poetycko-biograficzna opowieść o życiu Jerzego Pilcha, bestsellerowego pisarza: prozaika, dramaturga, scenarzysty, felietonisty, laureata licznych nagród literackich”. A ja, po obejrzeniu, pozwolę sobie doprecyzować.
Dialog erudyty z Chorobą
Jerzy Pilch (prawdziwie aż do bólu, którego jest w spektaklu sporo, gra go Sławomir Kołakowski) nie jest na scenie sam, a niemal zawsze w towarzystwie. Z tegoż powodu nie można tu mówić o monodramie, a wieloobsadowym spektaklu z akcją. Bardzo trudną do przeniesienia z dziennika na scenę teatralną, bo przecież jak zainteresować widza zapiskami z pamiętnika i jeszcze stworzyć na ich podstawie dramaturgię? Podczas debaty o Jerzym Pilchu i jego twórczości, do której wrócę w kolejnym odcinku relacji ze Szczecina, Artur “Baron” Więcek przyznał, że pisarz odradzał mu wystawienie w teatrze “Dzienników”, tłumacząc tę wskazówkę kompletnym brakiem akcji. Reżyser swojego śp. przyjaciela (Jerzy Pilch zmarł 29 maja 2020 roku) nie posłuchał i wraz z Agatą Dąbek przygotował teatralną adaptację życia pisarza. Pomysł na nią jest ciekawy – Jerzy Pilch rozmawia na scenie z Chorobą (Katarzyna Sadowska), która od pewnego momentu będzie towarzyszyć mu już zawsze. Wspomina przy niej dzieciństwo, szaloną młodość, życie towarzyskie, ukochane kobiety i te, które skradły jego serce tylko na chwilę. Droczy się z nią i żartuje, lecz z drugiej strony otwarcie mówi, że się jej boi. Tęskni za zdrowiem, pełnią sił, sprawnym i sprawczym ciałem, ale nie poddaje się i uparcie próbuje nauczyć się wykonywania codziennych czynności na nowo.
Oprócz Choroby, towarzyszy mu również Matka (Olga Adamska), donosząca to i owo o sąsiadach czy ostatnich znajomych i nieznajomych zmarłych oraz bezpardonowo komentująca życie syna. Od czasu do czasu wpadają znajomi Jerzego Pilcha (m.in. redaktor naczelny Magazynu “Kraków i Świat” Witold Bereś), gwiazdy polskiej bohemy ubiegłego wieku (m.in. Agnieszka Osiecka i Elżbieta Czyżewska) oraz słynny profesor nauk humanistycznych i krytyk literacki Jan Błoński. Każda rozmowa Pilcha z kimś innym mówi widzom więcej niż gdyby on sam opowiadał nam o sobie. Języka dialogów i monologów (bo żeby Czytelnicy źle mnie nie zrozumieli – to nie tak, że pisarz nie ma momentów, w których jest na scenie sam, ma i te też pięknie o nim mówią) słucha się z przyjemnością. Nie można byłoby przecież opowiedzieć o Pilchu bez jego wykwintnej frazy, trafnych spostrzeżeń i czujnych obserwacji rzeczywistości. “Pilch/Dzienniki” potwierdzają – ich bohater był erudytą. I, całe szczęście, zapiski ze swojej erudycji nam, potomnym, zostawił. Czy z nich korzystamy – to już inna sprawa. Wierzę jednak, że po obejrzeniu spektaklu wielu do twórczości Pilcha wróci. Namawiam zwłaszcza do odświeżenia sobie jego felietonów. Himalaje sztuki dziennikarskiej.
Taniec na cześć zdrowia
Na koniec muszę wspomnieć o ostatniej scenie. Przejmującej, wzruszającej i dodającej takiej energii, że zbliżająca się nocna podróż pociągiem przez całą Polskę, o której za chwilę, wydała mi się błahostką. W finale spektaklu, drodzy Państwo, Jerzy Pilch tańczy. Przepędza Chorobę, lęki i wstyd, odzyskuje sprawność i figiel w oczach, staje się młody i pełen animuszu do zabawy. Nie potrzebuje nikogo do towarzystwa, skrada sobą całą uwagę, wzrusza, a zarazem wywołuje uśmiech na twarzy. Kiedy chwilę później gasną światła, wciąż ma się wrażenie, że to nie aktor, a prawdziwy Jerzy Pilch był przed chwilą z nami.
Po pokazie odbyła się rozmowa o twórczości pisarza z udziałem krakowskiej delegacji Magazynu “Kraków i Świat”, a prywatnie przyjaciół Jerzego Pilcha – Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetki, a także Sławomira Kołakowskiego (odtwórcy roli Pilcha) i Artura “Barona” Więcka (reżysera). Do debaty, tak jak i do III Szczecińskiego Festiwalu Bonhoeffera “Ślady”, w ramach którego Teatr Polski w Szczecinie zaprezentował spektakl, wrócę w kolejnym odcinku. 27 MAR 2
Bo zaraz po wieczorze w szczecińskim teatrze musiałam pędzić na pociąg. Plan zakładał nocną podróż w bardzo ważnym celu…
Pamiątki ze Szczecina: magnes z kotem Gackiem i statuetka Złotych Gaci
Dwie godziny po powrocie ze Szczecina pojechałam do Brzeszcz, gdzie wzięłam udział w prestiżowych (zasadność tegoż słowa w tym miejscu zaraz wyjaśnię) zawodach na 10 kilometrów. Odbywająca się w tej niewielkiej śląskiej miejscowości z pysznym sushi (wszystkim Państwu polecam menu rodzinnej firmy Jakana) rywalizacja nazywa się bowiem Biegiem o Złote Gacie. Dotychczas zdobywałam złote medale z, na przykład, wizerunkiem Pana Twardowskiego siedzącego na Księżycu, Fiata 126 p czy z bałtyckim bursztynem, ale złotych gaci to jeszcze nie. Rozumieją Państwo zatem, że w obliczu tak spektakularnej nagrody nie mogłam odpuścić udziału w biegu i musiałam zrobić wszystko, by dotrzeć na start. Nawet z drugiego końca Polski. Dlatego o 22:57 wsiadłam w pociąg relacji Szczecin – Katowice, by po godzinie 5 rano, w niedzielny poranek, przesiąść się do składu w kierunku Bielska-Białej, przed godziną 7 zamienić PKP na mój niebieski samochód (pieszczotliwie nazywany Syrenką) i punktualnie o godzinie 10 niepostrzeżenie znaleźć się w biurze zawodów w Brzeszczach. Jakież było moje zdumienie, kiedy po 30-kilometrowej wędrówce po Szczecinie dzień wcześniej, będąc absolutnie przekonaną, że moje łydki mają wszelkiej aktywności serdecznie dość, Bieg o Złote Gacie w mojej kategorii wiekowej wygrałam (10 kilometrów przebiegłam w 46 minut i 2 sekundy), a wynik zapisałam na biegowym koncie pod hasłem „życiówka”. Na pamiątkę wyjazdu ze Szczecina mam zatem wspomnienia z powalającego na kolana Teatru Polskiego, zdjęcia z pięknego, rozgoszczonego w europejskości i nowoczesności miasta, magnes z królem Szczecina – kotem Gackiem – oraz statuetkę Złotych Gaci za pierwsze miejsce w biegu po Brzeszczach, którego na zdjęciu gratuluje mi sam burmistrz. Ośmielę się założyć, że na mocy mojej przygody przyjaźń międzymiastowa między Szczecinem a Brzeszczami to kwestia czasu.
Ilustracja: widok na Odrę z ul. Kolumba, fot. Electron, wikipedia