PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Po krakosku

Artyści własnego losu

Andrzej Zaręba
Po krakosku Andrzej Zaręba

IV Międzynarodowy Przegląd Filmów o Sztuce Outsiderów

Tytułem wstępu albo zamiast wstępnego słowa:

W Polsce –  naszej ojczyźnie – my żyjemy. Jest w niej praca i jest zabawa. Jedno nie jest drugim, tak jak baba nie może zostać chłopem i na odwrót. Praca jest to zajęcie poważne. W Piśmie św. jest mowa o pracy w pocie czoła, która jest karą za grzechy adamowego rodu, ale jednak o zabawie nie ma tam ani słowa. Zabawa zatem musi od złego pochodzić.

Na szczęście dzięki zdobyczom postępowej części ludzkości udało się oddzielić zabawę od pracy, jak kąkol od ziaren pszenicznych. Dzieci u nas już od stu lat nie pracują, tylko się bawią. Pracują tylko dorośli. Dzieci w czasie w którym pracują dorośli, przebywają w przedszkolach. Tam się albo bawią, albo śpią w łóżeczkach. Kiedy się obudzą, idą się bawić. Do zabawy służą im kolorowe kredki i farbki. Te czynności wykonują dzieci pod okiem wykwalifikowanej opieki. Dzieci to są bowiem tylko dzieci. Muszą mieć nad sobą nadzór, bo nie pilnowane mogłyby sobie te kredki wbić w oko jedno drugiemu. Ale na szczęście zarząd czuwa przez cały czas.

Kiedy czas dyżuru się kończy, po dzieci przychodzą dorośli. Rodzice albo dziadkowie. Ci dziadkowie to taki rodzaj hiperdorosłych – albo arcydorosłych – jak dawniej arcyksiążęta. Mają z zasady samej, albo z natury, lepszy kontakt z dziećmi. Bo jak mówi stara prawda – życie ludzkie jest jak koło i stary człowiek zawsze wraca tam skąd przyszedł. A przyszedł właśnie jako dziecko na świat. Za to w środku tego lotu po okręgu człowiek zapomina o samym sobie. To właśnie jest dopustem bożym tych, co są rodzicami dzieci.

Oni są ludźmi poważnymi. Zarabiają pieniądze, utrzymują rodziny i świat w ruchu. Bawią się w granicach ustalonych przez społeczne normy. Bo praca to nie jest zabawa. Gdyby nią była, wtedy nie byłaby już żadną pracą. Dlatego też ten, co w wieku dorosłym nadal zabawia się farbkami, kredkami, pastelkami , ten nie pracuje naprawdę. Oszukuje. Siebie, ale co gorsza całe poważne społeczeństwo. I trzeba dać mu wcisk. Żeby wreszcie wydoroślał…

Tworzyć każdy może (ale lepiej żeby nie). W naszych czasach postprawdy i postnauki wszyscy w zasadzie się zgadzają wreszcie z twierdzeniem, że twórczość artystyczna jest pierwotną, głęboko usadowioną w ludzkiej duszy (acz przecież o to kto posiada duszę toczy się ciągle zażarty spór) potrzebą i cechą typową.

O istnieniu pierwszych ludzi – poza oczywistością jaką są kości umarłych (gdy ich nie ma, pojawiają się natychmiast teorie o statkach kosmicznych, które tak dla jaj zacumowały w pobliżu grot Lascaux, żeby Sz.Państwo Kosmici mogli sobie namalować coś na ścianie) – informuje ich sztuka. Jeśli zatem są obrazy ręką tworzone, albo rzeźby uformowane, to jesteśmy w domu, czyli w człowieczeństwie. Po tysiącach lat od czasu naskalnych malowideł, kiedy już wszyscy zgodziliśmy się z tym, że sztuka jest jednym z najgłębszych obszarów potrzebnych do życia, postanowiliśmy ją ostatecznie wyplenić z codzienności.

Osobiście nie brałem w tym udziału, ale poczuwam się do tej obserwacji i do winy jako człowiek społeczny. Chciałoby się zapytać – dlaczego dajemy do ręki dzieciom kredki i papier, tylko po to, żeby wraz z nauką czytania, obłożyć te narzędzia anatemą? Na szczęście mamy już na planecie zbawców ludzkości w typie p.p. Muska czy Zuckerberga, którzy wszystko zastąpili algorytmem w telefonie bez drutu i uczynią znajomość liter równie bezużyteczną jak smarowanie kredkami po kartce, czy brzdąkanie na ukulele.

Dlaczego już szkoła podstawowa przedstawia zajęcia plastyczne jako coś gruntownie niegodnego i wręcz idiotycznego? Dlaczego system edukacyjny spycha twórczość pod schody, jak nędzarza Aleksego? Czemu artysta jest w bez porównania gorszej sytuacji niż sportowiec?

Na pytania nie da się szybko znaleźć odpowiedzi, ale jedno jest pewne – od czasów Freuda wiemy, że tłumienie tych fundamentalnych potrzeb duszy jest dla człowieka katastrofalne. Może właśnie dlatego, że traktujemy sztukę w tak pogardliwy sposób, jako ludzkość stanęliśmy znów nad przepaścią?

IV Międzynarodowy Przegląd Filmów o Sztuce Outsiderów, zorganizowany 25-26.04.2026. przez Stowarzyszenie Psychiatria i Sztuka im. dr. Andrzeja Kowala i MOCAK, jest próbą wydobycia tej aktywności pierwotnej, arcyludzkiej, na powrót ku społecznej przestrzeni. Sztuka Outsiderów (dawniej określana z pewnym pejoratywnym odcieniem terminami „sztuka prymitywów, „sztuka naiwna”) to powrót do przestrzeni nowoczesnego miasta europejskiego (dwudziesta gospodarka świata, nie zapominajmy o tym radosnym fakcie) sztuki którą prześladują społeczne mechanizmy naszej postprzemysłowej kultury.

Bo sztukę definiują zdobycze cywilizacji – Matejko albo Bauhaus – albo „zdrowy rozsądek” przypadkowego widza – „ no bo panie, kto to widział, żeby kobieta miała sześć par oczu?! „to się pan zdecyduje, to na poważnie czy to karykatura jest?!”

A podobno dziś w sztuce „wszystko wolno”. No ale skoro wolno wszystko, to można podejrzewać, że nie wolno już tak naprawdę nic. Więc ta naturalna jak sen czy jedzenie potrzeba człowieka została skutecznie wyśmiana, poniżona, a potem zniewolona. A na koniec wrzucona w algorytm i teraz bez żadnych kłopotów i babrania w tuszu można sobie zamówić do śniadania przez czata giepete obraz cierpień młodego Wertera w stylu Rembrandta.

Na szczęście istnieją Oni –  na festiwalu obserwujemy trwanie i powrót – w ciszy, w czasie szczytowego cierpienia, często w ciemnościach duszy (dziś posiadających kwalifikacje klinicznej medycyny)  opisywanej w dawnych wiekach przez mistyków, w podróży na samo dno piekieł (których nawet sam Dante Alighieri sobie nie potrafiłby wyobrazić).

Na ekranie sali projekcyjnej MOCAKu opowiadają zarejestrowani kamerą Pierre Gislinga o artystach kolekcjonerzy i mecenasi. Widzimy mądrych, ale cokolwiek cynicznych zarazem (bo może bez cynizmu w naszych czasach nie ma już żadnej mądrości?) mecenasów sztuki Brut (jak elegancko nazwano to zjawisko w czasach powojennych w kręgu kultury francuskiej).

Opowieść o niewidomym rolniku budującym niezwykłe, zmechanizowane domowym sposobem (tak jak dziś chwalą się wyszukiwaniem algorytmów do gier domorośli informatycy) nadzabawki z drewnianych odpadów. Wokoło drewnianej wieży Eiffla krążą dwupłatowce jak postidnustrialne anioły, uruchomione ruchem korby i przekładni z drewna. Niezwykła historia górnika, któremu niepodzianie po szychcie duchy nakazały we śnie malować na trzymetrowym płótnie niewidziane wcześniej światy posadowione na antymatematematycznych powierzchniach nieeuklidesowych. Więc ten górnik z Pas de Calais przyzwyczajony do mozolnej roboty zaczyna drążyć zamiast w ścianie węgla, we własnej duszy. Powstają podyktowane przez duchy obrazy o niezwykłej sile wyrazu – nieabstrakcyjne abstrakcje. I tu natychmiastowe skojarzenie z dziejami ikonopisarstwa, jak o nim wspominał Jerzy Nowosielski. Przestrzeń alternatywna, równoległa, święta. W końcu jak sklasyfikować ikony, skoro odstają tak bardzo od zasad szanującej się plastyki?

Potem z ekranu przemawia do nas krawczarka (trudno mi znaleźć bardziej odpowiednie, nieistniejące, słowo, na to co widzimy) z Sycylii. Gilda Domenica – seniorka o żywym spojrzeniu, z wyglądu przypomina lalki oferowane na targach bożonarodzeniowych w Lecce. Opowiada z błyszczącymi życiem oczami o cierpieniu, życiu ciężkim jak skała do której przytwierdzono Prometeusza, o skandalu marnowania zasobów Matki Ziemi i wadze krawiectwa, które jest Sztuką i o tym jak igła krawiecka jest narzędziem sztuki i jak nie można jej powierzyć komuś, kto jej nie chce, nie lubi, nie kocha.

I wreszcie nasze własne podwórko – film dokumentujący „Halina” i „Marcin”(nie da się znów nie stworzyć słowa, gdyż to coś w rodzaju reportażu towarzyszącego stworzonego przez antropologa) autorstwa Dariusza Tokarczyka. Warto wspomnieć o tym reżyserze kilka słów. Sam jest bowiem człowiekiem o niezwykłej wrażliwości i wyczuleniu na delikatne struktury świata nieoczywistego, poza oficjalnym kanonem, wykraczającym poza własne granice.

Jego kolejny film opowiada o prawdziwie „biblijnej” rodzinie z krakowskiego blokowiska. Matka opiekująca się chorym, dorosłym synem. Epizody szpitalne, bieda, cierpienie. Szczęśliwym trafem ta biblijna rodzina trafia na sesję terapii plastycznej u p. prof. Borowik. I choć to syn na zajęciach (jak to dziecko, z dzieckiem w naszych ramach społecznych bywa) dostaje do ręki kredki i papier, ale to matka wejdzie z impetem na drogę twórczości. Wkrótce jej zapał dostrzeżony przez mentorkę zaowocuje indywidualnymi wystawami prac. Nowo narodzona artystka szczerze wyznaje do dariuszowej kamery – ma przed sobą zadanie do wykonania. Musi nadrobić 60 lat straconych lat, kiedy jeszcze nie była artystką. Dlatego maluje od piątej rano, codziennie.

Drugi dzień festiwalu był możliwością spotkania z niektórymi bohaterami i reżyserem. Na deser niedzielny opowieść o japońskim outsiderze plastycznym – jego historia uderza polskiego widza odmiennością podejścia kultury – sztuki plastyczne cieszą się w Japonii tak wysoką estymą, że chłopiec który wyłamywał się z systematu ciasnych, rygorystycznych ram szkolnej organizacji, został po prostu zaopatrzony w narzędzia i od najmłodszych lat siedząc w ławce obok wkuwajacych wzory matematyczne, poświęcał się twórczości. Bardzo byłem ciekaw tego podejścia w fascynującym mnie osobiście kręgu kultury dalekowschodniej do outsiderów. 

Na zamknięcie festiwalu przygotowano coś bardzo bliskiego. Dramatyczna historia Doroty Lampart, artystki z Podbeskidzia, która zmarła niedawno (z mojego osobistego punktu widzenia) a jej życie było długie, ciężkie i piękne. Mówię o tym jeszcze zanim film na festiwalu wyemitowano, bo tę produkcję która dla wielu widzów będzie nowością, widziałem dawno temu, tuż po premierze. Było to w odległej epoce, w krakowskim kinie Mikro na początku niezwykle długiej ulicy obdarzonej brutalnie w tamtych czasach imieniem Feliksa Dzierżyńskiego. Postaci Doroty Lampart warto poświęcić by osobny esej, bo jej los pokazuje z czym walczy codziennie w Polsce (tak, powtórzę – dwudziesta gospodarka świata, etc…. a walka trwa nadal i nie widać końca) człowiek o ponadprzeciętnej wrażliwości. Bo koniec końców to festiwal filmów o ludziach o ponadprzeciętnej wrażliwości. Tylko tacy docierają do krainy gdzie nie obowiązuje logika formalna i ciągi liczbowe, i nikogo przy tym nie krzywdzą.

Ilustracja: rys. Andrzej Zaręba, kadr z filmu Les Cles du Regrand , naszkicowany podczas projekcji, a zatem w zupełnych ciemnościach