PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Rekomendacje

Krótka historia uzależnienia

Krzysztof Burnetko
Rekomendacje Krzysztof Burnetko

Nowy cykl: Frajda słuchania – już jest!

Spróbuję tu opowiadać o słuchanych właśnie płytach. Zarówno o nowościach, które mam za ciekawe (choć w moim przypadku nowości to często dawne nagrania odkryte dopiero teraz w magazynach wytwórni i piwnicach samych muzyków), jak o starociach – ale tych mniej znanych (bo tych też mam kilka(set)).

Najpierw o idei.

Na początku były kasety – bo to było niemal pół wieku, gdzieś w połowie lat 70. tamtego wieku, kiedy to byłem w podstawówce. I czerwony magnetofon MK125. I radioodbiornik Jowita 2 z falami UKF, na których nadawano ówczesną Trójkę (i krótkimi na Wolną Europę). W liceum za zarobione gdzieś na budowie złotówki (do których dodałem kasę darowaną przez krewnych) zdobyłem gramofon – nazwy nie pamiętam, wiem tylko, że był najprostszy (za symbol niech służy to, że miał plastikową obudowę) i pierwsze winyle. Zacząłem bodaj od… singla Johna Mayalla. Wydał go wtedy „na zachodniej licencji” (przecież w komunistycznym PRL-u zachodnie płyty bywały czasem towarem zakazanym, a zawsze – kolejnym dowodem na gospodarkę wiecznego niedoboru) Tonpress. Potem były ucieczki na wagary, by zdobyć O! Maanamu czy oba – Live i „czerwone” – TSA (był taki sklep w bramie na Rynku, gdzie dziś jest knajpa U Zdzicha). I inne polskie arcydzieła: „pierwsze” SBB, Katharsis oraz Idee Fixe Niemena (z przejmującą Moją piosnką Norwida). Albo wyprawy do Klubu Międzynarodowej Książki i Prasy na Małym Rynku, gdzie sprzedawano rockowe płyty z Węgier – między innymi cenioną dziś Omegę. A wreszcie stało się: na niedzielnej giełdzie w klubie studenckim kupiłem (znowu za noszenie worków z cementem) pierwszą płytę z Zachodu – „jedynkę” Davida Gilmoura (tego z Pink Floyd). A potem podwójny koncert Live And Dangerous Thin Lizzy. Gdybym zachował je do dziś… – wszak były to tak teraz pożądane przez koneserów (więc cenne) pierwsze tłoczenia. Do tego dochodziło oczywiście grupowe słuchanie (połączone z ożywionymi różnymi wspomagaczami dyskusjami) i wzajemne pożyczanie sobie kolejnych skarbów z domowych płytotek (sprawą wręcz honoru było, by z cudzymi krążkami – z okładkami włącznie – obchodzić się z najwyższą starannością).

Ale z tamtego zbioru zostało mi niewiele (choć owego Mayalla mam nadal). Oto bowiem gdzieś w połowie lat 80., już na studiach, uległem magii nowego, praktycznie „niezniszczalnego” i mającego „krystalicznie’ brzmieć, nośnika dźwięków – płytce kompaktowej. Tym razem już w Pewexie (na nomen omen  ulicy 18 stycznia, hołdującej wyzwoleniu Krakowa w 1945 roku przez Armię Czerwoną) za kupione na czarnym rynku amerykańskie dolary (znowu po ciężkiej pracy tyle, że tym razem bodaj przy myciu wagonów PKP) nabyłem srebrny (i ponownie najprostszy) odtwarzacz CD i pierwszą doń płytę – The Dream Of The Blue Turtles Stinga. Mam ją do dziś – i naturalnie hołubię szczególnie, choć stoi na półce wśród pewnie z dwóch tysięcy innych tytułów.

Bo wtedy kolekcjonerska mania wybuchła na dobre – swoje zrobiła pewnie i polska wolność po 1989 roku, a więc otwarcie za świat, brak cenzury i wolny rynek.

Dość powiedzieć, że zbiory rozrosły się – i liczbowo, i gatunkowo. Po współczesnym polskim i zagranicznym 😊 rocku zacząłem słuchać rocka starszego (głównie z lat 60. XX wieku), akustycznego jazzu (wszystkie okresy), tak zwanej piosenki poetyckiej czy autorskiej, a i – choć tu wciąż czuję się niepewnie – klasyki (czyli „poważki”).

Już choćby z praw statystyki (połączonymi z kolekcjonerskim zapałem) wynika, że wśród owych ponad tysiąca płyt (i tak zwanych boxów) są rarytasy. Zresztą wciąż dochodzą nowe (Choć wciąż nie wróciłem – wbrew panującej od kilka lat modzie – do winyli. Głównie ze strachu przed kolejną fazą uzależnienia – bo przecież na pewno chciałbym wtedy mieć na czarnej płycie większość tytułów, które stoją na półkach z kompaktami. Już zabawiłem się w sporządzenie wstępnej choćby listy winylowych konieczności (jak to się teraz mówi must have), okazała się ona nawet nie długa, lecz nieskończalna. 

Spróbuję więc tu opowiadać o słuchanych właśnie płytach. Zarówno nowościach, które uznam za ciekawe (choć nie kryję, że w moim przypadku nowości to często dawne nagrania odkryte dopiero teraz w magazynach wytwórni i piwnicach samych muzyków), jak starociach – ale tych mniej znanych (bo tych też mam kilka(set)).

A na pierwszy ogień pójdzie Voo Voo…

Ilustracja: Piotr Uss Wąsowicz