PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Słowo

Odszedł Jan Pieszczachowicz, współtwórca „Krakowa”

Witold Bereś
Słowo Witold Bereś

W środę, 25 marca 2026 roku odszedł Jan Pieszczachowicz, współtwórca pisma „Kraków” i jego redaktor naczelny. Przypominamy wywiad z nim autorstwa Witolda Beresia, obecnego redaktora naczelnego (Spowiedź dziecięcia wieku, styczeń 2020).

Witold Bereś: Janku, urodziłeś się osiemdziesiąt lat temu, w styczniu roku 1940. To czas specyficzny – bo okupacja. Z kolei świadome dzieciństwa trafiło ci się już w Polsce stalinowskiej. A jednocześnie wiem, że twoje środowisko to socjaliści… Jakbyś je pełniej określił?

Jan Pieszczachowicz: To proste – ojciec do PPS-u zapisał się jeszcze przed wojną, i tradycja rodzinna to PPS. Pamiętam okres 1947-48, kiedy u nas w mieszkaniu zbierali się miejscowi i przyjezdni PPS-owscy działacze. I te gorączkowe debaty czy 3xTAK, czy 3XNIE, czy jeszcze inaczej. A ja właziłem pod stół i podsłuchiwałem, a miałem 7-8 lat. Pamiętam to niedokładnie, ale te emocje – doskonale.

Staram się lewicowej tradycji być wierny. Uważam, że dyskryminowanie PPS-u, czyli jakiejkolwiek lewicowości, jest bezmyślne i niesprawiedliwe. Tata pochodził z chłopów, mama była chłopką, ale on jeszcze przed wojną został technikiem wodnomelioracyjnym i dostał pracę w mieście, w Sandomierzu, gdzie pracował przy obwałowaniu Wisły. To była sprawa ważna, bo miasto nawiedzały katastrofalne powodzie – pamiętam jak zaraz po wojnie do drzwi naszego domku podpływaliśmy na wrotach ze stodoły. Na szczęście nasz domek stał na podmurowaniu, to się do środka nie wlewało.

WB: A jaki był ten Sandomierz dziecinnych?

JP: Wychowywałem się w mieście dość klerykalnym, ale i niepozbawionym starej inteligencji, częściowo lewicowej. Ci lewicowcy, ale na poziomie PPS-owskim, byli tolerowani. Ludzie się lubili w Sandomierzu, szanowali się, niezależnie od tego, jakie kto miał poglądy. To było miasto, w którym razem z innymi dziećmi biegałem za biskupem Janem Kantym Lorkiem, który chodził na spacery w sutannie z kieszeniami wypełnionymi cukierkami. Jak się podbiegło i powiedziało „Niech będzie pochwalony”, to się dostawało cukierka albo i cukierków parę. Szacunek, jaki tam wzajemnie panował, a który zepsuła dopiero stalinowska komuna, i to w sposób jaskrawy, polegał na tym, że w niedzielę mieszczaństwo sandomierskie udawało się nad Wisłę, gdzie czekał parowiec z przyczepioną barką. Całe towarzystwo udawało się Wisłą w stronę Tarnobrzegu albo Zawichostu bawiąc się, pijąc i świadcząc sobie dusery. Nie pamiętam, żeby podczas takich wypraw, a dość często jeździliśmy, ktokolwiek dał komuś po pysku czy coś w tym rodzaju. Ludzie mieli światopogląd, może i mieszczański, wyrażający się prostym zdaniem: żyj i pozwól żyć innym. Czy jesteś katolik czy bezbożnik – bezbożników akurat było niewielu –nieważne. Ważne, czy jesteś dobrym człowiekiem. Dobroć polegała na tym, że się innych rozumiało, w miarę możności pomagało i uznawało, że każdy ma prawo w pewnych granicach obyczajowych żyć tak jak chce.

Do tego się przyzwyczaiłem od dziecka: nieważne członkiem jakiego stronnictwa, partii, jesteś. Ważne, czy jesteś dobrym człowiekiem.

WB: A jak pamiętasz wojnę? Bo trochę pewnie pamiętasz?

JP: Z wojny niestety pamiętam za dużo, choć kiedy się kończyła miałem skończone ledwie pięć lat. Ponieważ Ojciec się zadawał z partyzantami zwanymi Jędrusiami, którzy działali w okolicach Tarnobrzega i zjawiał się w domu – to wiem tylko z opowieści – przeważnie nocą, żeby odwiedzić żonę i dziecko, więc najpierw rodzice wywieźli mnie na Rzeszowszczyznę, do ciotki (została wdową w 1939 roku). Tam jednak miałem pecha, bo gdy ruszyli Rosjanie, okazało się, że mieszkamy w strefie międzyfrontowej, gdzie nad głowami latały z obu stron pociski. Ciotka z sąsiadami wykopali więc obszerny schron w lesie, którego całymi dniami nie opuszczaliśmy, a na siusiu wolno było wychodzić tylko w nocy.

To wtedy ja, niespełna pięciolatek, widziałem trupy, dużo trupów. Po stronie oddziałów hitlerowskich walczyli ukraińscy faszyści z Dywizji Waffen SS-Galizien, więc na wschodzie nie oszczędzali nikogo.

Miałem przyjaciela, nastolatka, po sąsiedzku. I on jakoś tam współpracował z partyzantami. Pewnego rodzaju szedłem do niego i zza stodoły zobaczyłem, jak ukraińscy faszyści go torturują, by wydał swe kontakty. Po prostu upuszczali na niego belką owiniętą drutem kolczastym, a on tak strasznie krzyczał.

W końcu Niemcy uciekli. W chacie ciotki świętowano to przy pomocy bimbru, a ja poszedłem w pole. Pole było pełne porzuconej broni – karabinów, granatów, wszystkiego. I wtedy zobaczyłem mały wózeczek. Bardzo mi się spodobał, więc przeciągnąłem go pod okno. Jak go zobaczyli biesiadnicy, to uciekali na złamanie karku z chałupy.

Okazało się, że to była mina przeciwczołgowa, a nie wózeczek.

Dopiero gdy wózeczek nie wybuchł, to mi go zabrali i dostałem tęgo w tyłek.

Więc dla mnie cztero-, pięciolatka, trupy to była rzecz zwyczajna. I musiało to chyba oddziałać na moją psychikę. Już wtedy instynktownie, jak dziecko zacząłem rozumieć skalę zła.

Taka była ta moja okupacja. Nie przeceniam tego, bo cóż tu przeceniać? Ale dużo wiem o wojnie i o złu wynikającym z wojny. Dlatego może taką przywiązywałem wagę do spotykania ludzi dobrych.

I choć z ideologii wiele nie rozumiałem, to wiedziałem, że ojciec jest pepeesiak, a zatem to pepeesiacy są dobrzy.

Jakie były tego konsekwencje? Kiedy nastąpiło przymusowe zjednoczenie partii, PPR i PPS, od razu ojciec wyleciał z pracy. Potem jeszcze dwa razy wylatywał. Na szczęście matka była nauczycielką i nie wylatywała, i jakoś tę biedę udawało się przeżyć. Wtedy zacząłem rozumieć, co się w Polsce zmienia i że to nie jest dobry kierunek.

Później, to już pamiętam dobrze, Sandomierz podzielił się na ludzi w miarę przyzwoitych, w tym także partyjnych. Ale byli i nieprzyzwoici działacze partyjni, którzy zachowywali się jak świnie, wyrzucali ludzi, dręczyli ich itd. Pamiętam też grozę, jaka zaczęła panować w mieście z powodu milicji i istnienia Urzędu Bezpieczeństwa.

Chodziłem do klasy z kolegą, którego ojciec był ubecką figurą w Sandomierzu. Pamiętam jak raz mówi: „Chodź, odwiedzimy starego”. Nie zdawałem sobie zbytnio sprawy, co to za odwiedziny, więc poszliśmy.

Idziemy, a tu dawny internat seminarium duchownego ogrodzono drutem kolczastym, a mój przewodnik mówi do strażnika: „To kolega”. Te wydarł się, że jaki kolega, po co kolega, ale chłopak zadzwonił do ojca i ten nas kazał wpuścić. A tam atmosfera taka, że ja, niewielerozumiejąc, od razu pomyślałem: „Jestem w więzieniu”. I to dość surowym.

WB: To był jeszcze stalinizm?

JP: Tak. Chodziłem do szkoły TPD – Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. To była wzorcowa szkoła socjalizmu i oczywiście religii w niej nie było. A jak umarł Stalin, to wszystkie klasy stawały na baczność w sali gimnastycznej, by wysłuchać transmisji radiowej z pogrzebu. Później była transmisja z pogrzebu Bieruta – to samo.

A jeszcze później zostałem ze szkoły wydalony za bunt.

WB: O co poszło?

JP: Wtedy moja szkoła się przepoczwarzała z męskiej na koedukacyjną. I zdarzyło się tak, że zostałem jedynym chłopakiem w klasie. Jesienią 1956 roku przyszedł czas październikowego przesilenia i ja – to było jedno z większych przeżyć w moim życiu – z kaszkietem w dłoni obchodziłem klasę, a koleżanki wrzucały tam ZMP-owskie legitymacje.

Ale to jeszcze nic, bo przyszły ćwiczenia wojskowe. Mieliśmy karabiny bez zamków. Kazano nam te karabiny po zajęciach odnieść na milicję. Dziewczyny i ja uformowaliśmy oddział, i ostentacyjnie maszerowaliśmy ulicami z tymi karabinami na ramionach. Czuliśmy się właściwie rewolucyjnie. To wystarczyło, żeby zaraz nas chciało oskarżyć UB.

Od tego czasu patrzyłem na świat podwójnie. Nie ukrywam tego. Nigdy się nie wyrzekłem PPS-owskiej lewicowości. Przyjaźniłem się z Janem Józefem Lipskim, który opowiadał się demonstracyjnie za PPS-em. Tym z tradycji przedwojennych.

WB: Skupmy się na latach 1956-58. Zbierasz legitymacje od ZMP-ówek w klasie. Masz tatę lewicowca. Przychodzi odwilż. W prasie są już opisy najgorszego stalinizmu. Są czytane relacje Światły, jest tajny referat Chruszczowa O kulcie jednostki i jego następstwach itd. Zachodzi w Polsce fundamentalna zmiana. Ty masz 18 lat, piszesz maturę. To jest taki wiek, że już się myśli.

Czy wierzysz wtedy w Gomułkę?

JP: Myśmy, mówię o moich rówieśnikach, przeważnie emocjonalnie wierzyli w Gomułkę. Ale nie bez zastrzeżeń i dość szybko zrozumieliśmy, że to jest wiara na wiarę. Potem się pogarszało. Lata sześćdziesiąte już były dramatyczne. Obserwowało się rosnący podział społeczeństwa – tych, którzy usiłowali nadal wierzyć w Gomułkę, żeby w coś wierzyć. I sceptyków. Jednak żyliśmy wtedy nad Wisłą. Nikt nie wierzył w kasację Jałty. Nikt. Rozmawiałem kiedyś z Janem Józefem Szczepańskim, a wiadomo, jakie miał poglądy, to mi powiedział: „No słuchaj, ale żyć trzeba”. I zanosił książki do państwowych wydawnictw, gdzie mu je wydawano.

Między innymi wydawał mu te książki partyjny prominent w kulturze Andrzej Kurz, a ja czas jakiś byłem jego zastępcą. Więc panował swojego rodzaju pragmatyzm: nie lubimy tych sukinsynów, ale skoro tu żyjemy i nic nie zapowiada, żebyśmy przestali, to trzeba jakoś żyć.

I tak myślało wielu ludzi, partyjnych i bezpartyjnych. Dzięki nim – mimo wszystko – sporo dobrego się w Polsce dokonało.

WB: Przejdźmy do połowy lat 60. Masz wtedy dwadzieścia parę lat. Zakładasz „Studenta”. Ciekawe pismo, bez dwóch zdań. Rządzi Gomułka. Ty go osobiście poznajesz. Pamiętam twoją anegdotę, jak Gomułka radził, że gdyby studenci tyle nie palili, to starczy im pieniędzy na jedzenie. Ale ten czas, za chwilę będzie marzec’68, to apogeum nie tylko nagonki antyżydowskiej, ale antyinteligenckiej.

Jak się z tym czujesz?

JP: Nie mam nic do ukrycia. Grupa młodych ludzi, pozwoliła sobie wmówić, że coś będą mogli zrobić. Choćby Staszek Barańczak, który przecież też był członkiem partii.

Mieliśmy złudzenie, że pozwolą nam powalczyć o złagodzenie tego wszystkiego. Mówiliśmy sobie: na likwidację Jałty nie ma szans, wobec tego próbujmy przynajmniej trochę polepszyć bieżącą sytuację. To naprawdę było ciekawe pismo.

Żartuję, że gdybym później chciał zostać premierem, to miałem gotowy rząd spośród współpracowników. Balcerowicza na przykład. U mnie zaczynał Andrzej Mleczko. Miał swoją rubrykę właśnie Barańczak. Rubryka była poświęcona grafomanom, w tym również grafomanom partyjnym.

WB: To się nazywało „Książki najgorsze”.

Ale mnie interesują twoje odczucia. Ty, Janek Pieszczachowicz, masz dwadzieścia parę lat, widzisz co się dzieje, jesteś z inteligenckiej rodziny PPS-owskiej. I słyszysz najgorsze antyinteligenckie wyzwiska w mediach. Podobne zafundowała nam dopiero IV RP. Jak się z tym czujesz?

JP: Niedobrze. Natomiast myśmy mieli taki punkt widzenia, który jest widoczny na łamach „Studenta”. Mianowicie że w pewnym momencie przynajmniej niektóre czynniki partyjne, postanowiły poluzować. Z premedytacją oddały głos części młodego pokolenia, czyli nam. Myśmy uprawiali ideologię, nazwijmy to, pragmatyczną. To znaczy dostaliśmy jednak pozwolenie na atakowanie kadr. „Student” ostro krytykował kadry, wśród których były oczywiście kadry partyjne.

Zresztą w marcu 1968 udało się nam zachować przyzwoicie – wtedy ukazał się bezprecedensowy numer „Studenta” z białymi plamami po tekstach wyrzuconych przez cenzurę. Nikt wtedy nie znaczył takich cięć, nikt!

I zostaliśmy wezwani na dywanik przez szefa Zrzeszenia Studentów Polskich Stanisława Cioska. Wrzeszczał: „Co wy sobie myślicie? Że to przed wojną, białe plamy!”. A następnie wydaliśmy numer, który jest historyczny i powinien być przez historyków zauważony. Zaprosiliśmy wybitnych uczonych, żeby się wypowiedzieli na temat sytuacji w szkolnictwie i wśród młodzieży. I już wtedy przypilnowano, żebyśmy nie uzewnętrznili ingerencji cenzury. A cenzura wyrzucała ogromne fragmenty tekstów – z eseju Kazimierza Wyki wyleciało bodaj dwie trzecie.

Ale nawet to, co zostało świadczy o tym, że myśmy próbowali problem uczciwie zasygnalizować.

A przecież mogliśmy złapać wiatr. Zgłosili się do nas specjalni wysłannicy generała Moczara z sugestią, żeby „Student” go wsparł. (Ten sam Moczar zresztą kiedyś mówił do mnie tak: „Proszę pana, pan zdaje się przyjaźni ze Szczepańskim. Przecież to jest kombatant, on by nie wpadł do mnie?”. Oczywiście nawet Janowi Józefowi o tym nie wspomniałem…)

Wtedy, w 1968 odmówiliśmy pójścia w kierunku nacjonalistyczno-antysemickim. Zrobiliśmy tę demonstrację z białymi plamami. Wydrukowaliśmy wypowiedzi czołowych polskich intelektualistów nawiązujące do tego kryzysu. Kto w prasie polskiej zrobił coś podobnego? Nikt.

WB: No, „Polityka” miała swoje zasługi, odmawiając druku żądanego przez władze tekstu, a i „Tygodnik Powszechny” również. Ale oczywiście nie odbieram zasług „Studentowi”.

JP: Nikt jednak nie dał tak jak my, białych plam.

WB: Po roku 1968 jest wstrząs grudniowy roku 1970. Miałem wtedy 10 lat i pamiętam, że z przerażeniem czytałem oficjalne doniesienia prasy, że chuligani demolowali sklepy na Wybrzeżu, siły porządkowe musiały otworzyć ogień i zginęło siedem osób. I to kłamstwo, choć pomniejszające skalę zbrodni, mnie małego brzdąca, przeraziło. Jak to? Ludzie giną na ulicach?

Co wtedy? To są kluczowe czasy dla was. Masz 30 lat, młodą żonę, pracę.

JP: Chcieliśmy mieć nadzieję. Nawet jej resztki. Zwłaszcza w takim wieku żyć bez nadziei – jest ciężko.

Należałem do pokolenia, które na swój sposób do czasu próbowało się ułożyć z rzeczywistością. Wiesz, jak walczyliśmy z obowiązującą linią? Cytując w „Studencie” młodego Marksa, który w pierwszym swym okresie pisał krytycznie o rozwoju komunizmu. I jak cenzura nam coś zdejmowała, to w zamian dawaliśmy fragment młodego Marksa. To było już w naszej redakcji przysłowiowe: „Jakby co, idziemy w młodego Marksa”.

WB: Potem cię ze „Studenta” wyrzucono.

JP: W 1978 roku. Wśród zarzutów był i taki, że atakowaliśmy towarzysza Machejka, redaktora naczelnego „Życia Literackiego”. Bo Zagajewski napisał wiersz o czarnej wołdze Machejka.

Po latach, gdy uciekł z Polski krakowski cenzor Tomasz Strzyżewski i wywiózł tzw. czarną księgę cenzury, czyli po prostu listę zaleceń, czego nie wolno pisać i komu dawać łam pism, cenzura sporządziła w mojej sprawie raport i obłożyła mnie zakazem druku na trzy tygodnie. Wtedy cenzorem był niejaki Leśniak, który był mi życzliwy i mówi: „Czy oni zwariowali? Dostałem z centrali absolutny zakaz na twoje nazwisko”.

Ale jak te dokumenty zostały opublikowane w Londynie, to dla wielu ten mój absolutny zakaz druku był dowodem prawie politycznej świętości. Zabawne.

WB: W 1981 roku współtworzysz „Pismo”, miesięcznik, który nie tylko w Krakowie był wielkim wydarzeniem literackim. „Pismo” zawieszono w stanie wojennym i ostatecznie zlikwidowano w 1983 roku, a łączyło w sobie twórców naprawdę pierwszoligowych.

JP: W 1981 roku zawierzyli mi ludzie, którzy może i nie mieli powodów do tego. No ale mi zawierzyli. I to było moje zobowiązanie.

Ile dobrego dla „Pisma” robiła Wisława Szymborska wspólnie z Kornelem Filipowiczem! Wtedy mnie też wsparli Ewa Lipska i Julian Kornhauser. A Filipowicz nawet wiersz dla mnie napisał: o takim jednym co działał, choć nic z tego nie miał.

Ale gdy „Pismo” zlikwidowano, to zostałem bez pracy. I znowu miałem zakaz pracy w Krakowie. Mietek Czuma mnie chciał przyjąć na ćwierć etatu do „Przekroju” – ale mu zabroniono.

Nie wiedziałem, co robić. Po prostu nie mieliśmy z czego żyć.

Żyliśmy więc, jakby to powiedzieć, z rosy niebieskiej i z Putramenta. Bo jak już było źle, zdecydowałem się napisać do Jerzego Putramenta, który został redaktorem naczelnym miesięcznika „Literatura”.

I to on mi zaoferował, podobnie jak Drewnowskiemu, Mętrakowi i paru innym, którzy się skonfliktowali z partią, etacik. Skromny, bo skromny, ale etacik. A to pozwalało mieć choćby prawo do kartek na mięso.

Więc dojeżdżałem do Warszawy nieregularnie, coś tam pisałem.

Wtedy Witold Nawrocki, który był kierownikiem wydziału kultury Komitetu Centralnego PZPR, władz partii, zaatakował za to Putramenta. A jak odpowiedział cwany Putrament? Napisał taki, nazwijmy to, list społeczno-polityczny, do Jaruzelskiego. Napisał do generała, podpisał się jako pułkownik. A tam, gdzie pułkownik koresponduje z generałem, to kategoria D (tę miał Nawrocki) nie ma nic do powiedzenia. I odczepił się.

Kiedyś zapytałem Putramenta: „Panie Jerzy, dlaczego pan to robi?” A on żartobliwie: „Bo ja bym chciał umrzeć jako czcigodny starzec”.

I dlatego mam przekonanie, że Putrament nie zawsze był skurczybykiem – choć bywał. Przy tym zostanę do końca życia.

WB: Koniec PRL-u, czyli druga połowa lat osiemdziesiątych. Wielki kryzys. Masz nadzieję, że Polska stanie na nogi? Wierzyłeś, że będzie coś takiego jak Okrągły Stół, że obie strony się dogadają?

JP: Nie wierzyłem, że się w Polsce uda coś zmienić.

Trudno, żebym w coś takiego wierzył: najpierw wyrzucony ze „Studenta”, a potem z „Pisma”. Podejrzewałem zresztą, że w Polsce nigdy nie dojdziemy do jakiegoś trwałego ładu.

Nie sądzę żebyśmy byli narodem obciążonym trwale, ale pewne doświadczenia polskie, pewna głupota uparta, nawracająca powoduje, że i dziś nie jestem pewien czy nasza demokracja się utrwali. Kłótliwość, awanturnictwo to, co Żeromski nazywał „partyjnictwem” – trafne określenie… Wszystko to razem powoduje, że usiłuję wierzyć, ale nie do końca wierzę.

WB: Tylko właściwie czemu nie rzuciłeś legitymacji partyjnej w grudniu 1981 roku, gdy wprowadzono stan wojenny?

JP: Zważ, że jedyna instytucja w PRL, która została początkowo oszczędzona po wprowadzeniu stanu wojennego, to był Związek Literatów Polskich. ZLP został zawieszony dopiero bodaj w tydzień po innych instytucjach, po prasie itp. Niektórzy koledzy ze strony ZLP, a i ówczesny wicepremier Rakowski mówili mi, że osobą, która może próbować ratować sytuację w Krakowie i w ogóle w środowisku pisarskim jestem ja, bo jakoś byłem akceptowany. Jako jedyny po wojnie prezes pisarzy w Krakowie i chyba jedyny w Polsce, zostałem wybrany stoma procentami głosów – minus jeden (ten jeden to był głos prof. Maciąga, potem sobie porozmawialiśmy przyjaźnie o tym). Perswadowałem kolegom z ZLP, że może lepiej pójść na ustępstwa, niezbyt wielkie, aby uratować ZLP, a potem się zobaczy. Rakowski mówił, że jest gotów porozmawiać z Jaruzelskim. Wahali się cały czas.

Jednak się okazało, że pertraktacje nie są możliwe z racji stanowczego oporu strony partyjnej. To był powód, dla którego nie rzuciłem od razu legitymacją: żeby rozmawiać z dwoma stronami.

WB: A później?

JP: Szczerze? Później to był już trochę oportunizm. Pomyślałem sobie – partia się rozłazi, po co ja będę demonstrował, rzucał legitymacją? Wtedy wydawało mi się, że może gra jest warta świeczki. Nie była warta.

I w ten sposób zostałem w partii do jej rozwiązania w roku 1990. Ale nie powiedziałbym, żebym dało mi to okazję do zrobienia kariery.

WB: Fascynuje mnie psychiczna strona sytuacji, w której co krok w twoim życiu na zewnątrz dzieje się coś strasznego. Grudzień 70 rok. Czerwiec 1976 i Radom. Grudzień 81 i stan wojenny. Przecież ty musisz rozumieć grozę sytuacji, jesteś wszak humanistą. Próbuję odtworzyć, co myślisz.

JP: Złość, wściekłość, nadzieja, nienawiść, bezradność…Wszystko razem pomieszane. Pewnego rodzaju wstyd, że żyję w takim kraju. Jednocześnie chęć złagodzenia na tyle, na ile się da. Dopiero z czasem zrozumiałem, że to nie jest możliwe.

Wtedy się inaczej na to patrzyło. Przecież przeszło dwa miliony Polaków należało do partii. To byli przeważnie uczciwi ludzie, pracowici itd. Wtedy być członkiem partii nie było czymś nadzwyczajnym, jak potem i jak dzisiaj nawet. Było zupełnie nienadzwyczajne. Trzeba zrozumieć – żyło się w kraju, w którym się działo, tak jak się działo. Wielu członków partii, ja skromnie mówiąc troszeczkę też, to byli ludzie, którzy traktowali bezpartyjnych jako współobywateli i mało chętnie brali udział w tym wszystkim od strony oficjalnie partyjnej.

Starałem się patrzyć na rzeczywistość w pewnym sensie państwowotwórczo. To znaczy, że skoro tu żyję, to może by się choć trochę dało ulepszyć? Był to swojego rodzaju minimalizm. Ale, czego dowodem fakt, że byłem wyrzucany z pracy, niezupełnie minimalizm.

WB: Gdy patrzysz na swoje życie polityczne, to co byś nazwał błędem, a co sukcesem?

JP: Na dwoje babka wróżyła. Sukces to było chyba to, że środowisko literackie wybrało mnie, partyjnego, trzykrotnie na prezesa związku literatów w Krakowie. Więc chyba zyskałem zaufanie różnych środowisk. Ludzie po prostu wiedzieli, że nie jestem skur…. Natomiast błędem, ale i pewną koniecznością była przynależność partyjna, ponieważ gdyby nie przynależność partyjna nie mógłbym choćby założyć „Pisma”.

W sumie: nie przypominam sobie, bym komuś zrobił świństwo.

A w każdym razie – świadomego, większego świństwa.

WB: W twoim przypadku per saldo przynależność partyjna nie była taka zła: nie byłbyś przewodniczącym ZLP w Krakowie, bo trzeba było wtedy mieć poparcie partii. Nie byłbyś szefem ZLP, to nie powstałby miesięcznik „Pismo”. I tak dalej.

JP: Może nie była zła, ale co pięć lat byłem wyrzucany w pracy. A żona wtedy płakała: „Znowu cię wyrzucili? Matko, z czego będziemy żyć?”. Bo ona nie pracowała.

WB: Już się tak nie użalaj. W sumie ciekawe życie za Tobą. No i przed Tobą.

JP: Najbardziej w życiu cenię to, że ludzie – może czasami na kredyt – mnie tak wsparli i mi zaufali. To moje największe życiowe zwycięstwo.

Jan Wacław Pieszczachowicz urodził się w 1940 roku w Koprzywnicy koło Sandomierza. Krytyk literacki, historyk literatury, redaktor, wydawca, publicysta. Absolwent filologii polskiej na UJ, współtwórca czasopisma „Student” w latach 60., miesięcznika „Pismo” (zlikwidowanego w stanie wojennym) oraz w latach 80. miesięcznika „Kraków”, któremu będzie szefował przez wiele lat.

Inicjator nagród im. Kazimierza Wyki, Krakowskiej Książki Miesiąca, medalu „Za Mądrość Obywatelską”. W latach 1976–83 prezes krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich, rozwiązanego w stanie wojennym.

Wielokrotnie odznaczany i nagradzany, między innymi Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, srebrnym medalem Gloria Artis; laureat nagrody miasta Krakowa.

Autor wielu esejów, artykułów i książek, między innymi Na widnokręgu historii, Pegaz na rozdrożu, Smutek międzyepoki, Pisarze i dzieła.

Zdjęcie: Jan Zych