Felietony
Lem w kilku odsłonach
Czytajcie Lema!
Skłamałbym, gdybym powiedział, że książki Stanisława Lema towarzyszyły mi zawsze. Owszem, w szkole podstawowej kazano nam czytać przygody Klapaucjusza i Trurla oraz jakieś urywki Bajek robotów, ale była to dla mnie – siedzącego jedną nogą w Bahdaju, a drugą w Niziurskim – zdecydowanie zbyt wyrafinowana lektura.
Z trudem przebrnąłem tylko przez Pamiętnik znaleziony w wannie, który – choć chwilami ciekawy – uznałem za dziwny i przegadany.
Dopiero szkoła średnia przyniosła prawdziwe odkrycie twórczości Lema. Eden, Niezwyciężony, Solaris, Opowieści o pilocie Pirxie, Dzienniki gwiazdowe pokazały mi, czym może być literatura science fiction. Ta prawdziwa hard science fiction, oparta na nauce i prawdopodobieństwach jej rozwoju, a nie wyłącznie na nieokiełznanej wyobraźni autora.
Lem, opisując podróże kosmiczne, eksplorację innych planet, próby kontaktu z Obcymi, przemycał w książkach coś więcej niż tylko błahą przygodę. Zawierał w nich pytania o sens istnienia ludzi w kosmosie (po co, skoro i tak nie da się nawiązać inteligentnego kontaktu?), o przyszłość relacji człowiek–maszyna (czy roboty zaczną ewoluować i zagrożą ludziom?), o obecność lub nieobecność istoty wyższej (pytanie ważne, bo zadane przez ateistę).
A wszystko to podane w świetnej literackiej formie, o której inni twórcy krajowej SF mogli tylko pomarzyć. Te dzieła Lema pokazywały też, że literatura fantastyczna nie musi być banalna i infantylna, a tym przecież grzeszyła większość zagranicznej i spora część polskiej produkcji tego gatunku.
Trzecim moim odkryciem dorobku Lema były jego książki filozoficzno-eseistyczne. Doskonała próżnia, Wielkość urojona, Summa technologiae, Fantastyka i futurologia pokazywały go jako myśliciela potrafiącego spojrzeć dalej i głębiej niż niejeden z wybitnych naukowców i wizjonerów. I tak właśnie Lem chciał być zapamiętany w historii – jako filozof i futurolog, a nie jako twórca powieści o lotach w kosmos.
Jak widać, moje dojrzewanie do Lema pokrywało się z jego pisarską drogą. Zaczynał wszak od optymistycznych powieści eksploracyjnych (Astronauci!), by stopniowo, z latami, przechodzić do tekstów coraz poważniejszych, coraz lepszych formalnie i treściowo, i coraz bardziej pesymistycznych.
Nie miałem okazji spotkać go osobiście. Uczestniczyłem w krakowskim ruchu miłośników fantastyki, relacjonowałem na łamach „Dziennika Polskiego” tutejsze konwenty SF (Imladris, Krakon, Conquest), opisywałem ogólnopolski zjazd miłośników fantastyki Polcon w Krakowie w 2002 roku, ale na żadnym z nich Lem mimo zaproszeń nigdy się nie pojawił (na Polconie niespodziewanie odmówił obiecanego wcześniej i wpisanego do programu telewywiadu…).
Unikał takich imprez, lekceważył środowisko, od pewnego momentu odcinał się w ogóle od fantastyki. Szansą zobaczenia Mistrza na żywo – a być może nawet porozmawiania z nim – miały stać się obchody jego 80. urodzin zaplanowane w Krakowie na 11 września 2001 roku w eleganckim biurowcu przy ul. Lubicz.
No właśnie, 11 września 2001… W okolicach godz. 16 do redakcji dotarła wiadomość, że jakiś samolot uderzył w wieżowiec w Nowym Jorku. Potem agencje podały informację o drugim samolocie, a w naszej redakcji przy Wielopolu rozpętało się szaleństwo. O wyjściu na urodziny Lema należało zapomnieć. Później dowiedziałem się, że uroczystość ze względu na okoliczności i tak przerwano.
Lema więc osobiście nie poznałem. Poznałem za to ludzi, którzy go znali i których cenił (co nie było częste) – prof. Jerzego Jarzębskiego i Marka Oramusa. Poznaję go zresztą cały czas, wracając do jego książek.
A rozpoczęty właśnie Rok Lema to świetny pretekst, by tę znajomość jeszcze pogłębić.
Czytajcie Lema i o Lemie!
Ilustracja: Mariusz Kubik, http://www.mariuszkubik.pl, wikipedia
Tekst ukazał się w numerze 3/2021, a najnowsze numery naszego magazynu kupisz TUTAJ: