PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Swoją drogą

Dzień Kobiet

Anna Petelenz
Swoją drogą Anna Petelenz

W tym roku na Dzień Kobiet dostałyśmy propozycję kandydata na premiera, który obiecał, że będzie „troszczyć się o kobiety”. Czy to moment w którym powinnyśmy zacząć się bać?

Odpowiadam od razu: ależ skąd!

Wprawdzie obrazy i cytaty z „Opowieści podręcznej” krążą intensywnie po sieci, ducha polskiej kobiety nie łamie się łatwo. Przemysław Czarnek ma już przecież za sobą rozliczne złote myśli, takie jak „Matkę Bożą uczyniliśmy Królową Polski. Wiemy, jak dbać o kobiety” oraz „ Jak się pierwsze dziecko rodzi w wieku 30 lat, to ile tych dzieci można urodzić? To są konsekwencje tłumaczenia kobiecie, że nie musi robić tego, do czego została przez pana Boga powołana” a także doskonały wręcz tagline o „cnotach niewieścich”. Troska o kobiety, nawet z ust lekko upgradowanego (nowa fryzura? Lekki lifting?) posła Czarnka, nie robi już więc takiego wrażenia.

Czym zresztą miałby nas wystraszyć?

Aresztowanie Emmeline Pankhurst, 1914

Przecież historia Międzynarodowego Dnia Kobiet to coś więcej niż rajstopy i goździki czy dzisiejsze tulipany z Żabki za 15,99. I wcale nie o „kobiety na traktory” tu chodzi. Dzień Kobiet wyrasta z walki o  prawa kobiet. Najpierw więc były nowojorskie marsze robotnic i pożar fabryki Triangle Shirtwaist Company (to to miejsce, w którym pracownice spłonęły żywcem, bo właściciel ryglował drzwi, żeby żadna kobieta nie wyszła niekontrolowana z budynku). Były przymusowo karmione brytyjskie sufrażystki. „Czyny, nie słowa” powtarzała Emmeline Pankhurst i „argument rozbitej szyby to dziś najsilniejszy argument w polityce”. W 1913 roku ginie zadeptana jedna z ikon ruchu WSPU (Women’s Social and Political Union) Emily Davison, próbująca zatrzymać konia króla Jerzego V. Był też wreszcie 1918 i stukot parasolek pod willą Piłsudskiego.

Potem też dużo się działo, zwłaszcza na Islandii. A potem w Polsce. Najpierw był Czarny Poniedziałek, a potem wszystko stało się czarne. Noc zapadła w 2020 roku i to nie tylko z powodu pewnego wirusa, ale decyzji Trybunału całkowicie delegalizującej aborcję w Polsce. Potem więc były wielotysięczne Strajki Kobiet, blokady ulic, anarchistyczne rave’y pod Muzeum Narodowym w Krakowie w rytm Cypisowego hitu i wiele innych atrakcji, takich jak łamanie rąk protestującym kobietom przez polską policję. Była też Izabela z Pszczyny, Agnieszka z Częstochowy i Dorota z Nowego Targu. Ich nazwiska pojawiają się w jednym szeregu z hasłem „Ani jednej więcej”, które wypełniały ulice miast. Spór o ustawę nie jest abstrakcją z telewizyjnego studia, tylko historią o sepsie, nieleczonych powikłaniach i o kobietach czekających w szpitalnych salach, aż stanie się coś, czego nie uda się już odwrócić.

W 2026 roku mamy w końcu inny klimat. Praw nadal nie mamy, ale mamy uśmiechnięty rząd. Kobiety zyskały też nową szansę niezwykłych doświadczeń, jakim może być poród na SOR. Tak, tam, gdzie przywozi się pijanych i zakrwawionych mężczyzn po zbyt długich imprezach. I osoby w kryzysie bezdomności.

Patrzę więc na Przemysława Czarnka i wyciągam popcorn. Bo nie jest ani dobrze ani źle, ani lepiej ani gorzej. Jesteśmy w kononowiczowskim „nie będzie niczego”. Nie ma niczego. Prawa rzecz jasna można jeszcze ograniczyć, skurczyć, przegonić z przestrzeni publicznych, z pracy, do kuchni, do domów, do dzieci. To się też już przecież działo i dzieje i dziać – być może będzie. W 2022 roku w Iranie zmarła 22-letnia Mahsa Amini, zatrzymana przez policję obyczajową za „niewłaściwie założony” hidżab. Masha została pobita. Jej śmierć wywołała protesty pod hasłem „kobieta, życie, wolność” kobiety paliły chusty i ścinały włosy na ulicach, a demonstracje objęły dziesiątki miast. Czy coś się jednak zmieniło? Niewiele. Może nas więc czekają obowiązkowe msze, zakaz pracy w dni płodne albo szkolenia z gotowania dla męża. Może. Na pewno jednak, panowie z obu stron barykady będą przerzucać się argumentami, kto lepiej „zatroszczy się o kobiety”. A my nie będziemy się bać.