Po krakosku
Wyspiański, Kleczewska i „Wyzwolenie”
Kilka refleksji po „Wyzwoleniu”…
Analizy pozostawiam specjalistom, bo Wyspiański i jego Dzieło to sprawa narodowa, ważna i ponadczasowa. Premiera tego spektaklu odbyła się 28 lutego 2026 roku, a więc dokładnie 123 lata od prapremiery „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego na deskach Teatru im. Juliusza Słowackiego (28 lutego 1903 roku). To ważne przecież dla poety miejsce w Krakowie, o którym słowami przypisanymi Reżyserowi mówił: „(…) A my mamy wielką scenę: / dwadzieścia kroków wszerz i wzdłuż. / Przecież to miejsce dość obszerne, / by w nim myśl polską zamknąć już (…)”.
Przez 123 lata na mapie świata nie było też Polski, której wolności nie doczekał Wyspiański. Dla współczesnych twórców teatralnych takie odniesienia mają raczej drugorzędne znaczenie. W romantycznych dziełach scenicznych poszukują tematów, które wydają się im być nadal aktualne. W tym także problem wolności i niepodległości, które – jak twierdzą wszelkiej maści uważający się za polityków, podpierając się cytatem z Marszałka Józefa Piłsudskiego – nie są nam na zawsze dane… Skąd u nich ta pewność, bo nie domniemanie przecież… Wolę się nie domyślać…
Dlatego też niezwykle aktualnie wybrzmiała interpretacja tego dramatu w reżyserii Mai Kleczewskiej. Podobnie, jak zaprezentowane przez nią na tej scenie „Dziady” Adama Mickiewicza czy „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego. „Wyzwolenie” w tym zestawieniu, nie tylko zamyka cykl chyba najważniejszych dramatów scenicznych doby polskiego romantyzmu. Jest też swoistym podsumowaniem, czy wręcz wystawieniem rachunku polskiemu społeczeństwu. Rachunku nigdy nie spłaconego i powiększającego się o nowe przestrzenie niezrozumienia tego, co wokół się dzieje i narasta, pogrążając nas – na własne życzenie – w odmętach absurdu zniewalającego chocholego tańca, który dzisiaj wygląda nieco inaczej, niż w „Weselu”. Dzisiaj to tłum – czerń zaczadzonych niewiedzą i histerią potakiewiczów, z uwielbieniem zapatrzonych w spiskową teorię dziejów – nadaje rytm, spychając racjonalną myśl na margines, zakrzykując ją i zadeptując… Wystarczy jedna Maska, głośna, która powie „tak”, a czerń powtarza jak stado baranów – „tak, tak, tak…”, albo „nie” – i słyszymy równe „nie, nie, nie”… A jak powie „hajda na Soplicę” – to mamy zamieszki, burdy pewne jak amen w pacierzu… Dlatego na scenie panuje atmosfera wiecowa… Sztandary polskie przemieszane z tymi z symbolem falangi, transparenty o zatrzymaniu imigracji, wrzask i skandowanie wzmacniane pielgrzymkowymi głośnikami… Momentami trudno zrozumieć, co się dzieje na scenie, o co właściwie chodzi? Przez ten chaos przebija się czasem jakaś ważna, zakrzykiwana myśl, najczęściej wypowiadana przez Konrada – a raczej jednego z Konradów, bo jest ich na scenie przecież wielu… Ta chyba najważniejsza, stawiająca prawdziwą diagnozę naszej współczesności brzmi – „Naród się pogubił”.
Na scenie schody (ascetyczna, ale i przecież rozbudowana niezwykła scenografia, wzmacniana oświetleniem – Justyna Łagowska) wiodące ku niebiosom, ale i ku czeluściom – pewnie piekielnym… Konrad (Mateusz Bieryt), jako dyrygent, narzuca posłusznemu tłumowi równy rytm. Między rzędami widowni utkwił chór, czyli przedstawiciele nas, widowni – społeczeństwa, czynią melorecytacją niezwykły trudno zrozumiały zgiełk. Ubrani w dresy, szmaciane trampki (kostiumy Konrad Parol), nie rzucają się w oczy. Gdyby usiedli na widowni, nie odróżniłbym ich od innych widzów. Jedną z nich mogłaby być choćby dziwna babcia, która co rusz popija coś z butelki (nie dałbym gwarancji, że zwykła aqua, bo butelka co chwilę upada na podłogę, gdzieś się turlika hałasując, a kobiecina coraz bardziej pobudzona). Mnie uczono, że idąc do teatru nie należy częstować cukierkami, które szeleszczą… I do dziś mam to w pamięci, że i przyzwoicie – chodzi o ubiór – wyglądać należy… W końcu kobieta wychodzi ze spektaklu znudzona, a za nią wybiega córka, opiekunka!?… I krzyżyk na drogę!
Gdy Chór pyta: „Czego żądasz?” Konrad mówi – „Poznałem w was siłę”, naszą moc, czuje, że jest w każdym z nas, w naszym sercu, że będzie działał w naszym imieniu. Do czasu… Na potężnym ekranie pojawia się stół konferencyjny, przy którym siedzą przedstawiciele stronnictw politycznych i religijnych, którzy przerywając sobie wzajem wypowiedzi, przekrzykują się, tworząc jeden wielki niezrozumiały jazgot. To oni chcą nami rządzić, uzurpują się być Konradami – Prezes, Prymas, Karmazyn, Hołysz, Mówca, Kaznodzieja… Pewnie każdej z tych postaci można byłoby przypiąć znajomą maskę współczesnego polityka…– raczej pseudo-polityka jak i pseudo-duchownego – znanych nam z codziennych awantur słownych – na szczęście tylko słownych, w harmidrze których na co dzień żyjemy. Czuję się poruszony do głębi, gdy z ust Konrada padają słowa obraźliwe skierowane do nas: „Warchoły, to wy!”… A może to do rządzących? Na scenie pojawia się wielu Konradów, którzy urabiają nas, chcąc przekonać do swych racji. Który z nich jest tym właściwym Konradem, który powinien nas poprowadzić ku wyzwolinom? A przecież te słowa wypływają w tekście dramatu z jednej postaci, a tu brzmią jakże odmiennie! Ta schizofreniczność konradowska jest porażająca, to „signum temporis” naszych czasów! Wspaniałe kreacje Konradów – Martyna Krzysztofik, Katarzyna Zawiślak-Dolny, Karolina Kamińska, Dorota Godzic, Mateusz Janicki, Rafał Szumera, Agnieszka Judycka-Capuccino, Natalia Strzelecka, Anna Syrbu, czy Karolina Kazoń. Trochę niepokojąco brzmią słowa wypowiadane przez Konrada, że „Powinna być cenzura narodowa”, albo nie można „pozwolić prostytuować naszych kobiet.(…) My nie powinniśmy pozwolić naszych kobiet obcym, tym obcym, którzy siedzą śród nas.”, a gdy Maska powiada, że kobiety są niezależne, Konrad odpowiada: „Nie, nie są i nie będą. Bo całym ich życzeniem i dążeniem powinno być, żeby od tej myśli niezależne nie były”. W takich momentach uzmysławiam sobie, że dzieło powstawało w początkach XX wieku, a radykalizm narodowy był potrzebny do „wybicia się na niepodległość”, a wolność kobiet wówczas to jeszcze pieśń przyszłości…
Nad sceną objawia się zwisająca na kole Muza (Karolina Kazoń), jak w cyrku… Wyraźnie określa rolę Konrada: „(…) A w istocie, Konradzie, myśl miałeś szczęśliwą, / bo taką oto scenę zagrać wypadało: / że ty, porwany dźwiękiem słów własnej wymowy, / że ty prowadzisz gdzieś w przyszłość wspaniałą, / którą słowem byś suto ustroił i wierszem, / w znaczeniu jak najgłębszem, / w pojęciu najszerszem, idąc niby na czele, tłum za tobą niby… / Wszystko byłoby piękne, cudowne… (…) Trochę to kiczowato wygląda, jak i muzyka (Cezary Duchnowski) niektórych śpiewanych utworów celowo może trącić nutą nazbyt popularną, w teatrze nie przystającą… Pojawia się też Reżyser – jako Joker, który od początku wprowadza niepokój i chaos… Ale przecież ta scena, to otaczająca nas rzeczywistość, w której tkwimy po uszy. I cóż z tego, że przez chwilę siedzimy wygodnie w fotelach teatralnych i gramy role widzów… A i tak nie czujemy komfortu, pobudzani do czynu przez kolejnych Konradów, czy Prymasa (Marcin Kalisz), który pokazuje nam jedyną, według niego, drogę wierności Chrystusowi. Prowadząc współwyznawców do podziemi, do grobowców, mówił: „(…) Polskę miałem wam dać! – Czymże są te sztandary, które chylicie nad moją głową. / Oto łachmany, nad którymi Bóg nakreślił krzyż. / O bracia! Jak uratuję serca wasze? dusze wasze? O bracia! bracia, grób widzę wielki / przed wami i przede mną. / Dłoń jakowaś przesłoniła mi oczy. / O Panie! O Chrystusie! – Nad narodem moim noc i mrok zapada, – nad narodem / moim, klęczącym u grobu. (…)” Dziś niechętnie słuchamy Prymasa, wszak Konrad jest w każdym z nas, każdy mógłby stanąć na czele i poprowadzić tłum… Tylko dokąd? Nie dziwi więc zniechęcenie Reżysera, który w pewnym momencie macha z rezygnacją ręką mówiąc – „Mam dość tego teatru”… Fakt, wymownie brzmią te słowa w ustach Krzysztofa Głuchowskiego – dyrektora teatru, w którym przeżywamy spektakl… Ale czy wam nie chciałoby się nagle wstać z fotela i powiedzieć – „Mam dość tego wszystkiego!” Gdy wracałem tramwajem do domu, spoglądałem na znudzonego motorniczego, który na jednym z przystanków wysiadł z wagonu i przekazał stery zmienniczce, czy nie pomyślał wtedy – „Mam dość tych tramwajów”… Do domu dojechałem szczęśliwie bez problemów…
Gdy zgasły światła i zapadła cisza, widownię opanowała burza oklasków… Mnie zaś po euforii opanował smutek. Gdy szedłem do szatani, potrącany przez widzów, którzy pierwsi muszą odebrać płaszcze, nie mogłem powstrzymać myśli, że po ponad stu latach od odzyskania niepodległości, jesteśmy nadal społecznym zlepkiem „nie wartości” populizmu, politykierstwa i tzw. „mojszości” – czyli hasła „moja prawda jest najważniejsza”. Nie jesteśmy wciąż wolni, bo wolność pojmujemy jako anarchię, dekonstruując każdy segment życia społecznego i politycznego. Tworzymy karykaturę demokracji, nieodpowiedzialnie wprowadzając chaos…

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie: Stanisław Wyspiański „Wyzwolenie”, reżyseria – Maja Kleczewska, dramaturgia – Grzegorz Niziołek, scenografia, światło – Justyna Łagowska, kostiumy – Konrad Parol, wideo – Krzysztof Garbaczewski, choreografia – Kaya Kołodziejczyk, muzyka – Cezary Duchnowski, opracowanie wokalne – Mateusz Bieryt, przygotowanie wokalne – Mateusz Bieryt, Zuzanna Skolias-Pakuła, efekty kaskaderskie – Tadeusz Widomski, konsultacje kaskaderskie – Tomasz Maziarz, inspicjent – Marcin Stalmach, producent – Bartosz Jelonek, asystent reżyserki – Piotr Trzęsowski, asystentka wokalna – Sara Bieryt, asystentka scenografki – Hanna Kłopocka, asystentka producenta – Oliwia Adamowicz, stażystka scenografki – Yura Kocik, konsultacje aerial hoop – Dorota Michalik. Obsada: Tomasz Augustynowicz, Mateusz Bieryt, Sara Bieryt, Lidia Bogaczówna, Krzysztof Głuchowski, Dorota Godzic, Mateusz Janicki, Agnieszka Judycka-Cappuccino, Marcin Kalisz, Karolina Kamińska, Karolina Kazoń, Martyna Krzysztofik, Tomasz Międzik, Wojciech Skibiński, Natalia Strzelecka, Anna Syrbu, Rafał Szumera, Marta Waldera, Tomasz Wysocki, Katarzyna Zawiślak-Dolny. Premiera: 28 lutego 2026 r. (spektakl obejrzany 2.03.2026 r.)