PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Rekomendacje

Teatr Łaźnia Nowa. Premiera: „Kopista Bartleby”

Janusz M. Paluch
Rekomendacje Janusz M. Paluch

Teatr Łaźnia Nowa. Premiera: „Kopista Bartleby”. Wolałbym nie…

Gdy siadam do pisania tego tekstu o spektaklu „Kopista Bartleby”, który wyreżyserował Tomasz Fryzeł, dowiaduję się o ataku Izraela i USA na Iran… Na naszych oczach wali się, bo inaczej nie można już tego ująć, swoisty „układ”, bo co do określenia „porządek światowy” mam duże wątpliwości. Patrzę w ekran, dymy nad Teheranem, zastanawiam się, kiedy padło owo teatralne stwierdzenie Kopisty – „wolałbym nie…”? Już w 1945 roku?

Dojazd samochodem, wieczorową porą, do Teatru Łaźnia Nowa zajmuje zazwyczaj około 20 minut, wczoraj ledwo zdążyłem… Zapomniałem, że w piątkowe popołudnia Kraków staje się nieprzejezdny… Z lekką zadyszką wpadłem więc w przestrzeń teatralną (scenografia Anna Oramus), w której od razu poczułem się zagubiony. Widzowie siedzą po dwóch stronach sali, a akcja spektaklu rozgrywa się na scenie zaaranżowanej po środku. Wszedłem i wiem, że trzeba znaleźć miejsce. Czy usiąść po prawej, czy po lewej stronie. Gdzie będzie lepsza widoczność? Tymczasem stoję prawie w ciemności, oślepiony reflektorami (światło realizowane przez Klaudynę Schubert odgrywa w spektaklu niesłychanie ważną rolę). Na bilecie nie ma miejsca, rzędu – muszę wybierać. Wolałbym nie…

Siedzę jednak. Czuję jakiś wewnętrzny niepokój. Ciemność. Dlaczego nie zaczynają? Spektakl oparty jest na opowiadaniu Hermana Melwille’a, przetłumaczonym przez Adama Szostkiewicza. Melwille jest autorem kultowej powieści „Mobby Dick” i warto wspomnieć, że z niejednego pieca chleb jadł, zanim stał się ważną postacią nie tylko amerykańskiej, ale i światowej literatury. W końcu na wąskim pasie sceny, wyznaczonej przez poziomo położony okrąg, pojawia się właściciel kancelarii przy Wall Street (Sebastian Grygo), nienagannie ubrany – ciemny garnitur, biała koszula, krawat, skórzana teczka na dokumenty. Tak kiedyś wyglądała publiczność teatralna – garnitury, suknie wieczorowe, muszki, krawaty, fulary… Przypomina mi się zdarzenie z przeszłości: pogrzeb wuja, mama mówi – ubierz garnitur, nie pójdziesz w dżinsach. Wolałbym nie – powiedziałem… Druga postać, jaka pojawia się na scenie, to kandydat na kopistę, który odpowiada na zamieszczone w prasie ogłoszenie, a potem staje się tytułowym Kopistą (Adam Borysowicz). Prezentuje się schludnie, ale mniej dostojnie. Czarny płaszcz, biała koszula – chyba bez krawata i brak teczki – ważnego atrybutu urzędniczego… Podczas wstępnej, rekrutacyjnej rozmowy nie dowiadujemy się, jak Kopista się nazywa, jakie skończył szkoły… Kiedy padają tego rodzaju pytania, przez widownię– przesuwa się wąski pas światła, jak w skanerze – czemu towarzyszy też specyficzny dźwięk (muzykę pogłębiającą tajemnicę i budzącą lęk skomponował Nikodem Dybiński). Nagle czuję się jak ten kandydat na kopistę, który długo, bardzo długo idzie na spotkanie, od czasu do czasu anonsując oczekującemu pracodawcy, że już się zbliża, że już dochodzi… Jakby chciał być oczekiwanym kandydatem, a może już wtedy słał ostrzeżenia, że nadchodzi jakieś zło? „Uwaga, uwaga, nadchodzi!”… Czy tego chcemy, czy nie – jako widownia – zostajemy wplątani w intrygę spektaklu. Ja wolałbym nie…

Scena to wąski wybieg, utworzony z poziomo leżącego okręgu, na który zachodzi okrąg pionowy. Choć dla aktorów, ten pionowy nie jest przydatny, bo bez specjalistycznego sprzętu nie weszliby nań, to jednak dla Kopisty jest on ważnym przystankiem, a może wskazówką, że można inaczej, że trzeba inaczej… Inaczej czyli jak? Nagle pojawia się lęk, bo właściciel kancelarii zwraca się do publiczności i wskazuje ręką konkretnego widza, co jest jednoznaczne z oświetleniem punktowym reflektorem postaci, do której się zwraca… Oddech ulgi, bo nie wywołuje na scenę – jeszcze tej modnej interaktywności mi tu brakuje! Jednak wskazuje na kolejną postać i kiedy myślę, że „wolałbym nie” być oświetlonym kandydatem na Kopistę, reflektor oślepia mnie, i słyszę co Pan Piernik czyli ja? – sądzi o… Wcale tak nie uważam, ale przecież nie mam głosu!

Trwający na scenie nieustanny narracyjny monolog (adaptacja i dramaturgia Piotr Froń), z czasem przechodzący w dialog opisują funkcjonowanie mechanizmu kancelaryjnego sprawdzającego się przez lata, nie zawodzącego, do czasu, w którym Kopista, zamiast zacząć realizację polecenia swego szefa, wypowiada owo „wolałbym nie”… Od tego czasu machina zaczyna szwankować, psuje się wszystko. Pytanie, co jest lepsze, czy tkwienie w sprawdzającym się systemie, czy poszukiwanie nowych dróg do celu? Która droga, może być lepsza, który system sprawniejszy? Czy zwycięży racjonalizm, dobro, czy gorsze – w myśl kopernikańskiej zasady – wyprze lepsze? Wolałbym nie…

Scenografia, atmosfera, postaci przypominają kafkowską atmosferę, momentami przebłyski absurdalności mrożkowskiej. I choć tekst powstał przed 1853 rokiem i opowiada o rzeczywistości zupełnie (czy naprawdę?) nam obcej, to przecież wciąż mamy do czynienia z płynącym zewsząd „wolałbym nie”, które doprowadza do paraliżowania organizmów społecznych, systemów prawnych czy politycznych. Teatr Łaźnia Nowa lubi takie tematy, wręcz się w nich pławi. Wskazuje na zagrożenia, wytyka głupotę poczynań, piętnuje prześladowania. W końcu ostrzega przed nadchodzącymi nieuchronnymi zmianami. A żyjemy przecież w świecie nieustannych zmian, ciągłych zmian, najczęściej na gorsze… Spoglądam na to wszystko, co wokół się dzieje, czując bezradność. Ale i wdzięczność dla Teatru Łaźnia Nowa, ukazującego ponurą rzeczywistość. Chociaż naprawdę, wolałbym nie…

Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie: Herman Melville „Kopista Bartleby” w tłumaczeniu Adama Szostkiewicza, reżyseria – Tomasz Fryzeł, adaptacja i dramaturgia – Piotr Froń, scenografia i kostiumy – Anna Oramus, światło – Klaudyna Schubert, muzyka – Nikodem Dybiński, charakteryzacja – Ludmiła Pilecka, inspicjentka – Katarzyna Białooka. Obsada: Adam Borysowicz, Sebastian Grygo. Premiera: 27 lutego 2026 roku.

Ilustracja główna: fot. Autor