Rekomendacje
O miłościach
Miłość to słowo wytrych, bo przecież kochać można zarówno męża, żonę, dziecko, jak i psa, kapuśniak, deszcz, Kraków. Ale właściwie nie wiemy, w którym momencie możemy tak naprawdę odpowiedzialnie użyć tego słowa: miłość.
Każda rzecz, która się człowiekowi przydarza w życiu, może być opisana z dwóch perspektyw: tego, co on sam doświadcza i czuje, oraz analizy czysto naukowej: fizykalnej, chemicznej, neurologicznej itd. Także miłość da się przedstawić albo jako osobiste przeżycie, albo jako działanie serotoniny, noradrenaliny czy kortyzolu. Popularne media przekonują nawet, że na przykład miłość do dziecka to po prostu oksytocyna, a za miłość do książek odpowiada coś innego. W rzeczywistości sprawa wydaje się bardziej skomplikowana, bo trudno wskazać miejsce w mózgu, w którym powstaje decyzja o miłości. Dlatego obok perspektywy opierającej się na nauce niezbędne okazuje się wprowadzenie wątku egzystencjalnego.
Dawniej Schopenhauer i Freud, a dzisiaj psychologowie ewolucyjni przekonują, że w miłości rolę odgrywają różne ukryte i nieświadome motywy. Choć myślimy, że zakochujemy się w jakichś przymiotach osobowości czy urody, to tak naprawdę zakochanie nie jest żadnym wzniosłym i romantycznym procesem, ale wynika z prozaicznej skłonności do posiadania potomstwa z taką, a nie inną osobą. W tym sensie miłość miała być jednym ze zwykłych ludzkich doświadczeń.
Tyle że miłości nie da się sprowadzić jedynie do tego, co mi się przydarza, co się ze mną dzieje. W rzeczywistości jej elementem musi być aktywność w postaci zaangażowania.
Oczywiście, najpierw pojawia się uczucie. Jest ono jednak tylko zapłonem, bo potem potrzebne jest paliwo. Rozmaite psychologiczne teorie miłości podkreślają rolę a to pasji, a to intymności, a to innych elementów. Lecz na najprostszym poziomie miłość to relacja między dwoma podmiotami. Na podobieństwo tańca: coś musi przecież do miłości pociągnąć, czyli odwołać się do jakichś potrzeb czy skłonności.
Tu pojawia się kolejny problem: aby coś było pociągające, musi być przynajmniej częściowo znane, bo przecież nie może podobać się coś kompletnie obcego. Równocześnie wiadomo, że pierwiastek tajemnicy jest stymulatorem i katalizatorem fascynacji, a więc i miłości. Ten dylemat – i to wobec samego Boga, z definicji niepoznawalnego przecież – miał nawet Aureliusz Augustyn, w kręgach katolickich uznany za świętego. Pytał sam siebie: czy możemy tęsknić do Boga i Go kochać, skoro Go nie znaliśmy, ba, nie możemy do końca poznać?
Więcej, nawet gdy pojawi się uczucie, owa inspiracja, to niekoniecznie trzeba na nią zareagować. Co z tego, że zobaczy się psiaka czy kotka, do którego skłania się całe serce, jeśli pojawi się refleksja: przecież mam pracę, często wychodzę z domu, nie będę miał czasu się nim należycie opiekować!
Tak samo jest z każdym innym obiektem miłości: można wejść w relację, ale się nie musi. Można kochać Tatry albo Kraków, ale porzucić je dla kariery w Warszawie albo Nowym Jorku czy dla ukochanej osoby, która akurat mieszka gdzie indziej.
Lecz nawet jeśli za uczuciem pójdzie decyzja o wejściu w relację, to potem trzeba ją zorganizować. Ba, kultywować niczym ogrodnik swoje uprawy. Bo miłość to inspiracja połączona z zobowiązaniem do jej podsycania i podtrzymywania. Kto posadzi roślinę, musi – aby wyrosła – ją podlewać. Tak samo o miłość trzeba dbać – inaczej trafi ją szlag. Stąd właśnie wynika konieczność szukania dodatkowych paliw, które podtrzymają uczucie – nie tylko zresztą do ludzi, ale też zwierząt, miejsc, aktywności czy przedmiotów.
Najgorsze, że wcale nie gwarantuje to sukcesu. Można zaangażować się w miłość, lecz po pewnym czasie uznać, że gra nie jest warta świeczki. W prawie nazywa się to rozpadem pożycia czy rozwodem, a w plotkarskich serwisach – znalezieniem nowego partnera bądź pocieszeniem w ramionach nowej ukochanej.
Psychologia z definicji traktuje zresztą uczucia jako stany krótkotrwałe. Zwłaszcza miłość bywa boleśnie nietrwała. Wygasa i tyle. Statystyki dowodzą, że ludzie się coraz częściej rozwodzą i coraz częściej nie ma się jednego partnera przez całe życie, lecz wielu – i to różnego rodzaju.
Naturalnie, są różne rodzaje miłości. Czym innym jest miłość w sensie zmysłowego romansu, a czym innym miłość rodzicielska, braterska czy bliska przyjaźni – bo są przecież przyjaźnie będące długotrwałym, pielęgnowanym związkiem. To, co dopuszczalne w jednych relacjach, jest trudno wyobrażalne w innych. Jeśli mężczyzna mówi kobiecie, że ją kocha, a potem ją zostawia (albo odwrotnie), jest to społecznie zrozumiałe – przynajmniej w obecnej epoce. Ale postawa taka wobec innych osób – na przykład rodziców czy dzieci – zrozumiała nie będzie. Jeśli ktoś powie swojemu nastoletniemu dziecku, że nie spełnia jego oczekiwań w szkole lub w ubiorze, więc już przestał je kochać i wyrzuca z domu, wszyscy uznają go za zwyrodnialca. Tymczasem gdy ktoś ogłosi o swoim rozczarowaniu partnerowi po 15 latach małżeństwa i każe mu się wyprowadzić z domu, może mimo wszystko częściej liczyć na zrozumienie – i to niezależnie od tego, co nim rzeczywiście powoduje.
Główny kłopot polega wszak na tym, że właściwie nie wiemy, w którym momencie możemy odpowiedzialnie użyć słowa „miłość”. Owszem, w dzisiejszym świecie, jak to ujął Marcin Świetlicki, „wszyscy mówią: kocham cię!”. Na tysiąc sposobów powtarzany jest ten wzięty z kultury anglosaskiej liczman „I love you! I love you too!”. Ktoś zapewnia, jak to kocha swojego kota. Ale po jego śmierci, na drugi dzień kupi sobie nowego. I tyle.
Bo także słowo „miłość” zostało poddane – podobnie jak wiele innych ludzkich zachowań – rozmaitym uwarunkowaniom społecznym czy biologicznym. Powinno się powiedzieć rodzicom, że się ich kocha, powinno się ogłosić, że kocha się brata. Ale też, że kocha się ojczyznę i naród. Trudniej bywa z pracą, bo są zajęcia, przy których deklaracja taka jest mało wiarygodna. Jeśli ktoś zajmuje się selekcjonowaniem śmieci albo pracuje jako anatomopatolog, to gdy powie, że kocha swoje zajęcie, niektórzy mogą uznać go za dewianta, masochistę albo przynajmniej obłudnika.
Wielu z nas zatem, kiedy mówi o miłości, po prostu nie bardzo wie, co deklaruje – używa tego słowa nieodpowiedzialnie, bo stosuje je do sytuacji, które tego nie usprawiedliwiają. Zaproponowałem kiedyś prowokacyjnie, żeby każdy zadał sobie pytanie: „Ilu osobom w przeszłości powiedziałeś, że je kochasz, a gdzie one teraz są, jaką rolę w twoim życiu odgrywają?”. I zapewne większość odpowiadających – włącznie ze mną! – będzie sobie musiała odpowiedzieć, że ogromna większość tych, którym wyznaliśmy niegdyś miłość, już nie odgrywa w naszym życiu żadnej istotnej roli. Co to oznacza? Po pierwsze, że takie oświadczenia nie muszą za sobą niczego pociągać. Albo ona nie walczyła, albo ja nie walczyłem, albo to rzeczywiście nie było to. A jeżeli, po drugie, to nie było „to”, więc po prostu nie wiemy, co to jest miłość i kiedy ona się nam faktycznie przydarza.
Izraelska socjolożka Eva Illouz zwraca uwagę na jeszcze jeden proces: uromantycznienia towaru i utowarowienia miłości. Otóż miłość stała się w naszych czasach sposobem, za pomocą którego sprzedaje się tusz do rzęs czy luksusowe perfumy. Kapitalizm reklamuje niemal wszystko tak, by każda rzecz stwarzała nadzieję na romantyczny związek. Posiadanie iPhona, pończoch, samochodu ma dawać nadzieję akceptacji przez płeć przeciwną. W ten sposób towarem – w nieznanym dotąd sensie – stała się sama miłość.
Z czego zaś wynika miłość do rzeczy, do miejsc, do wspomnień? Może z potrzeby odkrywania i dopełniania swojej tożsamości. Przecież całe życie człowieka, przynajmniej tego zdolnego do głębszej refleksji, sprowadza się do szukania odpowiedzi na pytanie: kim jestem? jaka jest moja natura? jaki jest sens mojego życia? Bo istotą człowieczeństwa jest ciągła niepełność i niesamodzielność. Aby nasza tożsamość była pełna, musimy ciągle wykraczać poza siebie, szukać jej dopełnień. Temu służy na przykład koncepcja Boga. Ale i miłość – i to na każdym poziomie, bo ludzie kochają takie rzeczy i miejsca, które dopełniają ich życie. Mówią: kocham ten scyzoryk, mam go przez całe życie, nigdy mnie nie zawiódł.
Ludzie kochają takie rzeczy i miejsca, które dopełniają ich życie. Mówią: kocham to pianino, zawsze na nim mi się dobrze grało. Kocham tę uczelnię, zawsze tu wykładałem. Kocham Kraków, bo żyję tu od urodzenia i stąd miałem najbliższych przyjaciół.
Czyli: dzielił ze mną los, był czymś, co pozwalało mi funkcjonować. Albo: kocham to pianino, zawsze na nim mi się dobrze grało. Kocham tę uczelnię, zawsze tu wykładałem. Kocham Kraków, bo żyję tu od urodzenia i stąd miałem najbliższych przyjaciół.
Ale na koniec taka opowieść… Znajomi mieli kiedyś kota, którego kochali bardzo, ale okazało się, że ich córka dostała alergii na sierść i kot musiał opuścić ich mieszkanie. Jego spadkowym właścicielem zostałem ja. Bardzo go szanowałem, ale był strasznie ostry i gryzł. Brałem go więc czasami na rozmowę i klarowałem: – Tygrysku, powiedz mi, co się w życiu liczy? Miłość? Nie, żadna miłość – liczy się odpowiedzialność. Bo ja ciebie nie z miłości wziąłem do domu, lecz z odpowiedzialności. I nie dzięki miłości, lecz odpowiedzialności będziesz miał u mnie jedzenie do końca swojego życia. Co z tego, że poprzedni państwo cię kochali, skoro bez mojej odpowiedzialności byś zdechł z głodu.
Z ludźmi bywa tak samo. Mówią: kocham cię, jesteś słodka, jest cudownie, wspaniale, ty moja Angelino, ty mój Bradzie Picie… A potem mija kilka albo kilkanaście lat i mówią: to było piekło, nigdy więcej, ale teraz moja nowa ukochana jest cudowna. A za następne pięć lat jest nowa ukochana – już na pewno ta jedyna i ostateczna… I tak do śmierci.
Ilustracja: Tristan i Izolda, Rogelio de Egusquiza, domena publiczna, wikipedia
Tekst ukazał się w numerze 2/2019, a najnowsze numery naszego magazynu znajdziesz TUTAJ: