PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Noty ze świata

Wszystkie twarze „Wesela”

Paweł Głowacki
Noty ze świata Paweł Głowacki

Dostawka i Herbert.

Środa

Tyle wypraw w strony bardzo odległe nie tylko w kilometrach – i żadnej zdobyczy! Przez tak wiele lat – śladu łupu, cienia dowodu, że było się tam, żadnego rekwizytu dla opowieści o podróży, żadnej pamiątki, żadnej resztki stamtąd, by porównać ją z tym, co jest w ojczyźnie! Były Ateny i Akropol, była Sparta, Mykeny i Korynt, była cała Kreta, były Delfy, Olimpia, Epidauros, Paestum, Sunion, wysepka Samos, wyspa Paros i wioseczka Psychro u stóp ponurej, podniebnej Dikte, na zboczu której snują się nieruchomo ścieżki wiodące do groty, gdzie ponoć urodził się Zeus. I inne jeszcze jaskinie w finałach wędrówek. To znaczy – inne źródła. Choćby ta przepastna jama w dolinie Wezery, pod miasteczkiem Montignac, zwana jaskinią Lascaux, ze starymi jak człowiek portretami byków, bizonów i jeleni na ścianach i sufitach. Tudzież katedry Włoch i Francji, jeszcze malowidła w muzeach i świątyniach albo kawałek hipnotycznego krajobrazu, ulepiony z błękitu, gór, wody, powietrza i światła. W końcu też zamek Kronborg, gdzie przewodnik, wskazując marmurową urnę zwaną powszechnie grobem Hamleta, zwykł był rozczarowywać turystów cierpką ironią: „Oto jedyne miejsce na świecie, co do którego jesteśmy pewni, że nie spoczywają w nim szczątki księcia duńskiego…”. Wystarczy.

Piątek

Z podejmowanych przez życie całe wędrówek do początków Zbigniew Herbert nigdy nie przywiózł ani jednego kamyka. Żeby choć garść marmurowego żwiru, choć łupinka ze ściany gotyckiej, okruch najlichszej greckiej rzeźby, czerwone szkiełko z witraża, strzęp papirusu, gałązka z tysiącletniego drzewa oliwnego lub niechby tylko odpustowa kępka sierści osła, co na zboczu Dikte śpiewał, jak zwykle potwornie fałszując, do księżyca, kiedy wysoko w grocie rodził się Zeus (o ile rzeczywiście stało się to w nocy)! Żeby cokolwiek! A tu – nic. Nigdy nic, zawsze puste kieszenie. Żadnej zdobyczy. Żadnego kamyka stamtąd, aby go po powrocie wstawić w ówczesną Polskę, w nadwiślańskie rytmy, kolory, myśli, bóle, radości i troski, wstawić i zobaczyć, jak się kamyk sprawdzi lub nie sprawdzi, jak zabrzmi bądź zmilczy, jak się odnajdzie lub sczeźnie.

W studium o arcydziele Williama Szekspira Stanisław Wyspiański rzekł, iż Hamlet zawsze jest o tym, co jest w Polsce do myślenia. Herbert nigdy nie zwoził karraryjskiego gruzu, by dowieść rodakom, że gruz jest o tym samym co Hamlet. Powiedział o tamtym słońcu, o tamtym marmurze w tamtym słońcu: Grecy malowali kamienie, aby nie oślepnąć. Po cóż taki kamyk wieźć do krainy, gdzie przez pół roku słońce jest niczym mdlejący ogarek? Herbert jeździł do źródeł, aby niczego tam nie dotykać, niczego nie przestawiać, nie dekomponować, w niczym nie gmerać, niczego nie wywozić. Jeździł, aby posłuchać opowieści w oryginale nietkniętym. Dotkniętym, co nieuchronne, jedynie przez masy czasu, nigdy przez niego, Herberta, chwilowego jak wszyscy.

Sobota

120 lat właśnie minęło od prapremiery Wesela, od wieczoru 16 marca, wieczoru dziś już legendarnego. A kiedy, przed czy po prapremierze, Wyspiański tworzył szkice przebudowy wawelskiego wzgórza – na obraz i podobieństwo wzgórza w Atenach? Kiedy w bezdennej swojej wyobraźni przenosił głazy z Akropolu do Polski, nad zakole Wisły, pod katedrę pełną koronowanych widm, w cień dzwonu Zygmunta? Rzecz jasna – nie szło o obraz fizyczny, o podobieństwo kształtów, form architektonicznych, o bliźniaczość kolumn. Szło o echo potęgi, o przeniesienie kamyka tyleż realnego, ile mitologicznego. O nieśmiertelność po prostu, tyle że już przemienioną w nieśmiertelność polską.

Jedno pewne – w roku 1956 Herbert wydaje tom Struna światła, w nim wiersz Wawel. „A tu ceglany śmieszny zgiełk / królewskie jabłko renesansu / na austriackich koszar tle”. Tak Herbert mówi o zamku. A pierwsze dwa wersy – inwokacja do Wawelu – dotykają sedna mitycznej przebudowy, łowią istotę architektonicznego snu Wyspiańskiego: „Patriotyczną kataraktę na oczach miał ten / co cię zrównał z gmachem marmurów”.

Niedziela

Patriotyczna katarakta to jest nad Wisłą katarakta wieczna i wszędobylska. Zostańmy tylko przy teatrze. Czy w scenicznej literaturze, tej wielkiej literaturze, od Sofoklesa zaczynając, przez Czechowa przechodząc i, powiedzmy, na Becketcie kończąc, jest choć jedna opowieść, która w dziewięciu realizacjach na dziesięć nie przemieniłaby się na polskiej scenie z baśni o losie jako takim w gwałtownie świeżą publicystykę o Polsce aktualnej? Ile razy wspomniany Hamlet był w Polsce wyłącznie o tym, co było w danej chwili w Polsce do myślenia? Dokładnie tyle razy, ile razy wystawiono Hamleta, gdyż tyle razy właśnie przeniesiono kamyk wydłubany z murów Elsinoru nad Wisłę.

A co z Weselem? Jeśli o przenoszeniu kamieni mowa, czy rzeczywiście nie ma o czym mówić na kanwie Wesela, bowiem jest to sztuka arcypolska przecież, wprost z Polski garściami wyjęta, z Bronowic Małych pod Krakowem, z realnych ludzi utkana – bo ci, co na scenie się zjawiają do dziś, na realnym weselisku Rydla tańcowali – i na wieki wieków o Polsce traktuje?

Wtorek

Zmarnowane życie Hersza Singera – to był pierwszy efekt działania patriotycznej katarakty Polaków przy teatralnym arcydziele Wyspiańskiego. Wspomniane życie, tę równię pochyłą, od dnia prapremiery gwałtownie pochyłą, Roman Brandstaetter smacznie sportretował w powiastce Ja jestem Żyd z Wesela. Nieszczęsny Singer, karczmarz z Bronowic Małych, co rzeczone weselisko w pokarmy i gorzałę zaopatrzył obficie, uwierzył, że ten tam na scenie Żyd, co łazi i z Dziadem gada, to on sam, we własnej osobie Singer. Uwierzył święcie, iż Wyspiański o nim i tylko o nim pisał, kiedy tworzył postać Żyda. To znaczy – przeniósł kamyk Singer.

Nie tylko on. Wszyscy, na kanwie własnych większych lub mniejszych katarakt patriotyzmu, mocniej bądź słabiej osobistego, po prapremierze przenosić zaczęli Wesele całe ze sceny do rzeczywistości swojej. Córka Singera (u Wyspiańskiego – poetyczna Rachela) rozpiła się wśród krakowskiej bohemy przy stolikach Jamy Michalika. Karczma upadała, bo przestała być karczmą, jak Jahwe przykazał, zmieniła się w atrakcję turystyczną, w dekorację długich imprez, na których córka Singera potajemnie rozlewała gościom przybyłym z Krakowa wódkę za darmo. Żona coraz intensywniej oddalała się od żydowskich tradycji, żydowskiej wiary, żydowskich odwiecznych reguł życia codziennego i coraz intensywniej, coraz otwarciej myślała o chwili, kiedy wreszcie się przechrzci wraz z córką, która nie tylko była, ale przecież jest Rachelą.

Czwartek

Gdyby tak z okazji wielkiego jubileuszu prapremiery Wesela każdą z późniejszych polskich premier spersonifikować jak Ezop zwierzęta, z każdej zrobić postać, kobietę lub mężczyznę – cóż to byłaby za menażeria patriotyczna! Wszystkie twarze katarakty – tak bym nazwał gromadę Wesel, które, podobnie jak w dniu prapremiery, przez lat 120 zeszły z polskich scen, a raczej zostały z nich przeniesione i w rzeczywistość polską wstawione jako Nauka, Przestroga, Prawda, Kara lub Wiara. Jako parząca publicystyka na temat szalenie ważny w danej polskiej chwili dziejowej.

Piątek

Trzeba powtórzyć: Wesele jest polskie, z Polski, o Polsce, dla Polski. Tak. Ale jest przecież także, a raczej przede wszystkim – Weselem. Sztuką teatralną, czyli – sztuką. Studwudziestoletnim kamykiem scenicznym. Nie bez przyczyny Witkacy i Tadeusz Kantor pokornie wielbili artystyczną maestrię Wyspiańskiego, a nie liczne wcielenia jego patriotycznej katarakty.

120 lat, setki twarzy Wesela, twarzy o minach bitnych, ironicznych, krzepiących bądź karcących, a wszystkie – daleko od sceny, na ulicach, placach. Może już wystarczy tej troskliwości społecznej? Może by tak spróbować pójść do tekstu Wyspiańskiego po to tylko, aby niczego w nim nie ruszać, nie przestawiać, nie przenosić dokądś, i aby żadnego słowa, zdania do niczego, poza byciem cząstką niepowtarzalnej intonacji, nie nakłaniać? Może by zwrócić Wesele scenie i zostać tam z nim nie na warunkach ulicy, a na warunkach sztuki, tego kamyka, co tylko w teatrze jest u siebie? Może czas dotykać słowa, łowić zapach zdań?

Niedziela

W szkicu o księciu Hamlecie Herbert dzieli się wielkim odkryciem. Pojął, że Elsinor to bezimienna przestrzeń, płaski stół, na który los rzuca kości. Tak, Elsinor to płaski jak scena teatralna blat, a nie Elsinor do odszukania w Danii. W Sunion wtyka nos w kolumnę, aby złowić jej zapach. Oddycha długo, cierpliwie. Nie czuje nic. Odchodzi, zostawiając w spokoju wszystkie kamyki świątyni. Znika delikatnie, pokornie, lecz już wie: przyjadę tu kiedyś w porze deszczu, kiedy kamienie się pocą, i wtedy odkryję zapach marmuru.

Jedzie dalej, do Paestum. Tam oducza się pośpiechu i czyta palcami jak ociemniali. Bo trzeba całego dnia, by zrozumieć życie kamieni w słońcu, ich przemiany zależne od pory dnia i roku. Rankiem wapień jest w odcieniu myszy, w południe przypomina miód, o zachodzie słońca zaś – płomienie. A teraz należy zaufać palcom. Dotyka kamieni – czuje ciepło ciała człowieka. Mówi sobie: jak dreszcz przebiegają po nim zielone jaszczurki. Odchodzi. Jak zawsze – zostawia wszystko tak, jak było. I takie, jakie było.

Ilustracja: Zamek Kronborg, Reinhold Möller, wikipedia

Tekst ukazał się w numerze 5/2021, a najnowsze numery naszego magazynu znajdziesz TUTAJ: