PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Subiektywnie

Miasto pożądane

Janina Paradowska
Subiektywnie Janina Paradowska

Czym żył Kraków 20 lat temu? Zaglądamy do archiwum.

W ostatnim dniu grudnia trudno jeszcze przesądzić, czy będziemy wybierać prezydenta Warszawy w roku 2006 raz, czy dwa razy, co oznaczałoby czterokrotne chodzenie do urn, a to nie musi budzić entuzjazmu mieszkańców. W każdym razie pomysł „becikowego” (wartość około miliarda złotych z budżetu) dla Ligi Polskich Rodzin w zamian za prezydenturę stolicy – być może dla Platformy Obywatelskiej, gdyż na razie Hanna Gronkiewicz-Waltz wydaje się najpoważniejszą kandydatką – jest interesujący. Tym bardziej że pojawił się w czasie wzmożonej walki o tanie państwo. Trudno nie zauważyć, że koszt nawet dwukrotnych wyborów prezydenta stolicy to zaledwie 6 milionów, a więc idea taniego państwa mocno ucierpiała. Lepiej już było PiS-owi oddać stolicę, niż wypłacać „becikowe”, ale taki postulat okazał się nie do przyjęcia. Te taktyczne gry pokazują, że bój o stolicę jest ostry i bezwzględny, a ofiary mogą padać w miejscach zupełnie nieoczekiwanych.

PiS władzy oddać nie chce i zdecydowanie woli swojego komisarza do jesieni, mimo że rządy komisarzy w Polsce nie najlepiej się kojarzą. Wszyscy inni chcą władzę wziąć.

PiS woli komisarza, gdyż nie ma kandydata, który mógłby wygrać w wyborach powszechnych, nawet gdy sfotografuje się z samym Lechem Kaczyńskim. Czy jednak prezydentowi RP – nawet jeszcze nie zaprzysiężonemu – wypada brać udział w kampanii wyborczej? To jest ważne pytanie, ale na razie bez odpowiedzi. Wszyscy inni kandydatów mają lub wydaje się im, że mają. Każdy chce się przecież jakoś odkuć. Marek Borowski chce się odkuć za przegraną we wszystkich wcześniejszych wyborach, chce tego również SLD za wszystkie dotychczasowe klęski, chce LPR za upokorzenia, jakie musi znosić już nie tylko od Jarosława Kaczyńskiego, ale także od ojca Rydzyka, który woli w swych mediach pomodlić się nawet z drugorzędnym ministrem (na przykład z ekipy tak zwanych bezpartyjnych fachowców) niż z liderem prawdziwie katolickiego ugrupowania.

Wszyscy rwą się do tej Warszawy, co może się wydawać dość zagadkowe, biorąc pod uwagę fakt, że jednocześnie wszyscy zgodnie twierdzą, iż to „trudne” miasto. Skąd więc takie powodzenie? Przecież nawet prezydentura kraju nie jest na wieki wieków związana z rządami w stolicy. Może wytłumaczenia należy szukać w fakcie, że stołeczny Ratusz stał się kuźnią kadr dla wszystkich urzędów w państwie – i to kadr potocznie zwanych „bezpartyjnymi fachowcami”, co brzmi dobrze i dumnie. Można nawet powiedzieć: nie przeszedłeś przez Ratusz – jesteś urzędnikiem niższej rangi.

Ratusz zasila dziś urząd prezydenta RP, Kancelarię Premiera, szczególnie mocno reprezentowany jest w resortach siłowych i służbach specjalnych, rzucił się nawet na banki. Wprawdzie ciąg na banki został nieco przyhamowany faktem, że akurat w tej sferze trzeba mieć kwalifikacje sprawdzane przez Komisję Nadzoru Bankowego (czyż to nie dodatkowy powód, by Balcerowicz musiał odejść), ale znając przemyślność obecnej władzy, można założyć, że banki też zostaną wzięte. Może przede wszystkim banki, gdyż są ważną częścią tego układu, który – według teorii lidera partii obecnie rządzącej – trzeba rozbić.

Bezcenność i niepodważalność kwalifikacji zdobytych w stołecznym Ratuszu, a także absolutna apolityczność wywodzących się z tego miejsca urzędników, jest tak wielka, że nawet zamierzano ją usankcjonować ustawowo. W kręgach rządowych zrodził się pomysł, by urzędników samorządowych przenosić na stanowiska w administracji centralnej i zasilać nimi służbę cywilną bez żadnych dodatkowych sprawdzianów. Pokpiwano w parlamencie, że prościej byłoby ułożyć listę nazwisk ustawowo chronionych i z Ratusza przeniesionych do innych instytucji, zamiast zawracać posłom głowy prawnymi zawijasami.

Na razie rzecz padła. Może dlatego, że stołeczny Ratusz po prostu się wyludnił. Wystarczyło czytać w ostatnich tygodniach kronikę zmian kadrowych, by zobaczyć, że po korytarzach i gabinetach stołecznego Ratusza wiatr już swobodnie hula. Tym samym zaczął się ciekawy eksperyment: czy stolicą można rządzić bez najważniejszych urzędników i czy ktoś to zauważy? Na razie nic nie wskazuje, by znaczący ubytek kadr cokolwiek zmienił. Kto miał sprzątać, ten sprząta; kto nie sprzątał, nie sprząta dalej. Przetargów miasto nadal nie potrafi sprawnie przeprowadzić, w kwestii mostu zwanego Północnym, który był od trzech lat priorytetem, też nic nie drgnęło – choć nadal jest priorytetem. Na papierze oczywiście. Tyle że papier jest coraz wytworniejszy i droższy, gdyż na coraz piękniejsze wizje potrzebny jest coraz piękniejszy papier.

Kawałki Wisłostrady, otwarte po latach przed samymi wyborami prezydenckimi, znów są pozamykane. Wiadukty, które się ślimaczyły, ślimaczą się nadal. Ślimaczy się też metro, którego szef awansował na szefa całej polskiej kolei, co oczywiście o przyszłym stanie PKP w żaden sposób nie przesądza. Na razie nigdzie nie awansował tylko szef miejskich taksówek, ongiś redaktor naczelny ważnego związkowego tygodnika, co kierowcom niezbyt się podoba. Tak czekali, że zostanie wybrany na posła, ale w wyborach przepadł. Czyżby stołeczni taksówkarze mieli tak wyjątkowego pecha, że akurat ten jeden bezpartyjny fachowiec w mieście zostanie, czy to wyłącznie chwilowa zwłoka?

Stało się może tylko to, że po raz drugi urządzono uroczystość inauguracji budowy Muzeum Sztuki Współczesnej, co też jest zrozumiałe: wcześniej inaugurował minister Dąbrowski, a więc minister Ujazdowski nie mógł być gorszy. Można nawet powiedzieć, że dopiero druga inauguracyjna odsłona była prawomocna, gdyż pochodziła z właściwej ideowo opcji. Nie trzeba oczywiście dodawać, że żadnej budowy nie rozpoczęto. Jeśli mnie wzrok nie myli, to nawet płotu nie postawiono. Może nowy prezydent byłby miastu potrzebny, by inaugurować raz jeszcze? Podobno do trzech razy sztuka.

Tak czy inaczej, w stolicy sporo jest do zrobienia. I sporo posad do zasiedlenia. Jest się o co bić. Kadry dla przyszłości – a każda partia ich potrzebuje (krótka partyjna ławka to już stwierdzenie aż nadto banalne) – gdzieś trzeba przecież kształcić. A jak widać, stołeczny Ratusz wyjątkowo się do tego nadaje. Po prostu zadomowił się w nim kadrowy genius loci. Grzechem byłoby tego niepojętego zjawiska nie wykorzystać.

Tekst ukazał się w numerze 1/2006, a najnowsze numery magazynu kupisz TUTAJ.