Swoją drogą
Potrzeba artysty
Nie mamy w Krakowie bardzo wielu rzeczy. Metra, studia filmowego i fabryki kredek. Chyba. Nie mamy wielkich agencji reklamowych, Pałacu Kultury i morza. Morza nie mamy najbardziej.
W Urzędzie Miasta Krakowa Zbigniew Preisner odebrał z rąk Prezydenta Aleksandra Miszalskiego medal za mądrość i odwagę obywatelską. Byli szanowni goście, były życzenia od Anny Dymnej i laudacja Ewy Lipskiej. Były też problemy techniczne, a potem Prezydent delikatnie zasugerował, że omówili z Wyróżnionym swoje różnice zdań w gabinecie. Jeżeli na początku widać strzelbę, wiedz, że ona wystrzeli.
I strzelba rzeczywiście wystrzeliła, bo w mowie kompozytor zwrócił uwagę na brak profesjonalnego studia nagrań w Krakowie. Muzyka – jak dowodził Preisner – potrzebuje orkiestry, a orkiestra sal koncertowych i nagraniowych. Wtedy za nią podąża biznes, a wraz z nim konkurencyjność rynkowa, soundtracki i sukces wykonawców, o których kompozytor także wspomniał. Muzyki na papierze czytać się nie da. Dwukrotnie żartował o sensowności zamiany sali rady miasta na studio, w którym mógłby nagrywać. Podkreślił, że może nagrywać na całym świecie, ale nie tu. Zaznaczył też, że ma własne studio postprodukcji dzięki milionom płyt, które sprzedał.
Ktoś mógłby powiedzieć, że nie wypada narzekać na obiad, na który zostało się zaproszonym, ale ktoś inny powie, że Medal dostaje się za mówienie prawdy. Nie ma studia, po co centrum muzyki, kiedyś to tu się tworzyło: za Skrzyneckiego, za Wajdy, za dawnych dobrych czasów, gdy Preisnerowe filmy królowały w box officach. A potem padło:
„Ewie Lipskiej wystarczy komputer, papier i wena. Malarzom też”.
Jeszcze powietrze, ono przede wszystkim.
Wirginia Woolf twierdziła, że pisania oprócz papieru i pióra potrzebny jest jeszcze własny pokój zamykany na klucz i 500 funtów pensji. Efektownie polemizowała z nią Elif Shafak, która w „Czarnym mleku” zaznaczyła, że nawet ów własny pokój to za mało. Bo cóż po pokoju, jeżeli wciąż ktoś do niego puka? Oprócz niego potrzeba więc gospodyni, kucharza, ogrodnika i niani do dziecka (formy genderowe przypadkowe).
Preisnerowy rozdział na potrzeby i Potrzeby nie daje mi więc spokoju. Niepokoi i wierci mi się w głowie niezgoda popis ego, który oklaskiwałam z cicho rodzącym się niesmakiem. Wracam myślami do rozmów z artystami, których przy okazji Potrzebnych niepotrzebnych odbyłam niemało. Myślę o Iwonie Demko, która wielokrotnie wspominała publicznie o tworzeniu „ w dużym pokoju”. Myślę o Dorocie Ruszkowskiej, wspaniałej fotografce (o której przeczytacie Państwo już w wiosennym numerze naszego magazynu), która zdjęcia wywołuje w łazience, a w mieszkaniu boryka się z nadmiarem pozostałych po wystawach prac. Przypomina mi się Bartolomeo Koczenasz, który też zwracał uwagę na pragmatykę artystycznego życia:
„W sztuce trzeba jednocześnie uprawiać romantyzm i… szukać magazynu. To wymaga nakładów. (…) wszystko kosztuje kupę pieniędzy, dekoracji, śmieci. To są ślady, odpady fizyczne, obecne obok każdego pozytywu jaki sztuka ze sobą przyniesie.”
Artyści muszą jeść, mieć publiczność, wsparcie i życzliwość urzędów. Malarze potrzebują farb (drogie!), płócien i przestrzeni; trzeba kupować literaturę, płacić za open calle, programy komputerowe, papier i wydruki. Produkcja sztuki kosztuje, a droga twórcza jest wymagająca.
Smutno jednak, gdy syci i wielcy pozornie upominają się o słabszych, a w zamyśle o wzmocnienie własnej pozycji.