PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Subiektywnie

Józio, Łopuszna i ja

Piotr Uss Wąsowicz
Subiektywnie Piotr Uss Wąsowicz

Kazimierz Tischner wspomina swojego brata, ks. prof. Józefa Tischnera: Między mną a Józiem było piętnaście lat różnicy. Właściwie to on dla mnie był takim drugim ojcem.

Nic więc dziwnego, że kiedy byłem malutki, zawsze z utęsknieniem czekałem na jego przyjazd ze studiów, z Krakowa, żeby znowu coś opowiedział.

1.
Pamiętam taką scenę: miałem wtedy chyba pięć, może sześć lat. Wieczorem strasznie płakałem, bo nie przyjeżdżał z Krakowa mój najstarszy brat. Płakałem i płakałem. Aż nagle stanął w drzwiach i zobaczył mnie takiego zapłakanego. Wtedy wziął mnie na ręce i wyszedł ze mną na dwór. A że noc była gwiaździsta, więc zaczął pokazywać mi niebo. Gwiazdy.
– Popatrz, Kaziu, to jest Wielki Wóz, widzisz, o tu dyszel jest… To jest Mały Wóz. A widzisz Gwiazdę Polarną?
I to wszystko zapamiętałem jako pięcio-, sześcioletnie dziecko.
I tak przy nim rosłem. Przez całą podstawówkę, później liceum. To była taka miłość od lat dziecinnych, miłość braterska.

2.
Było nas trzech braci: Józiu, ukochany Mamy, potem Maniuś, wielbiciel taty, i ja – Kazuś, najmłodszy.
I tu pojawiały się pierwsze problemy – na przykład z deserami. Bo każdy uwielbiał coś innego. Najważniejszą rzeczą były desery przygotowywane przez mamę. A jakie desery mama mogła przygotowywać? Najważniejsze było ciasto. Dla mnie sernik. Ale były i makowce, i drożdżówki z posypką, latem czy jesienią. No i desery z borówek, czarnej jagody, ze śmietaną i z cukrem.
A pamiętajmy, że to były takie czasy, że nie było mandarynek, bananów, pomarańczy.

Józiu, jako brat najstarszy, a w dodatku uczący się na księdza, a potem już ksiądz, bywał w domu najrzadziej – więc też jego przyjazd był zawsze największym prezentem dla nas wszystkich. Na to czekaliśmy. Ale ja, jako najmłodszy, zawsze chciałem coś dostać. I chciałem, żeby to coś dał mi Józiu.

Pamiętam, że kiedy był na pierwszej parafii w Chrzanowie, strasznie chciałem rower wyścigowy. Pisałem więc listy, prosiłem go, żeby mi kupił „wyścigówkę”. A on te listy analizował i czytał na lekcjach religii dla licealistów. I to właśnie licealiści zdecydowali, że Kaziowi można kupić rower.
Właśnie wtedy dostałem od niego pierwszy wyścigowy rower „Diament”. I pamiętam, że kiedy ten rower przyszedł jako prezent od Józia, przypinałem go do swojego łóżka na kłódkę. To były dla mnie najszczęśliwsze chwile – kiedy mogłem się obudzić i być z tym rowerem. Z tym prezentem od najstarszego brata.

3.
Najistotniejszą rzeczą były jednak święta Bożego Narodzenia. Święta, kiedy siadaliśmy wszyscy razem przy stole wigilijnym, kiedy w rogu stała choinka, a w mroźne, zimowe wieczory szło się na pasterkę w Łopusznej.
Mroźne wieczory i piękne kolędy. To były piękne, piękne chwile, których nie można zapomnieć. Takie święta Bożego Narodzenia zostały do dziś w mojej głowie.
To wszystko wyciągnęliśmy z tego, co przekazywali nam rodzice. I takie święta Bożego Narodzenia dziś staramy się jakoś kultywować – wspólnie, przy stole wigilijnym i przy kolędach.

Ale tak naprawdę prezenty nie odgrywały u nas szczególnej roli. Prezentami było zawsze nasze spotkanie w domu. Przy śniadaniu, przy obiedzie. To były wielkie prezenty – dla naszych rodziców i dla nas samych.

4.
Często mnie pytają, czy Józiu był łobuzem. Wszyscy chcą, żeby był. A tu jest problem, bo z tego, co pamiętam, w nim niczego takiego nie można było dostrzec.
U niego „łobuzerstwo” to było dawanie dobra. Zawsze emanował tym dobrem, nadzieją, miłością do każdego z nas. Więc gdzie tu łobuz? W jego życiorysie bardzo trudno coś takiego znaleźć.

Często też pytają mnie na spotkaniach, które święta najbardziej lubiliśmy jako dzieci – Wielkiej Nocy czy Bożego Narodzenia. Trudno odpowiedzieć, bo każde święta to było spotkanie w rodzinie, spotkanie z rodzicami, z braćmi.
Ale jeśli już – Boże Narodzenie było chyba jednak najmocniejsze.

5.
Józiu był ze mną na dobre i na złe. Zawsze, kiedy miałem jakieś problemy, mogłem się do niego zwrócić. Doradził. Pomógł. Nigdy nie skarcił.
Jednak starałem się nie dawać mu problemów do rozwiązywania. I zawsze stawał po mojej stronie.

Pamiętam taką sytuację, kiedy przyjechał na chwilę na Święta Bożego Narodzenia. Ja byłem już wtedy licealistą, kawalerem. A żeby być takim potężnym kawalerem, to po kryjomu trzeba było palić papierosy.
Już mamy siąść do stołu wigilijnego, a mama mówi, żebym zmienił spodnie na porządne. Ściągam je, chcę ułożyć w kostkę – a tu wylatują z kieszeni papierosy.
Wszyscy huzia na mnie, mama oburzona. A Józiu, widząc moje wielkie zakłopotanie, podnosi te papierosy i mówi do mamy:
– Popatrz, mamo, jakiego masz dobrego syna! Częstują go papierosami. A on nie pali, tylko chowa, żeby innym nie zrobić przykrości.

6.
I tak rosłem przy Józiu, gdy przyjeżdżał do Łopusznej jako student. Ale najdłużej przebywałem z nim w czasie moich studiów w Krakowie. Mieszkaliśmy wtedy razem na św. Marka.
Wtedy miewał czasami tak zwanych służbowych gości z Urzędu Bezpieczeństwa. Wtedy wychodziłem, a po kilku godzinach wracałem. Po powrocie chciałem go wesprzeć, pomóc jakoś.
A on tylko z uśmiechem machał ręką:
– Kaziu, daj spokój. Jeżeli tak dalej rozmowy pójdą, to ten, który mnie tutaj prześwietla, pewno wstąpi do seminarium.

Taki to Józiu był – brał to wszystko z humorem. A swoimi poglądami potrafił nawet wpłynąć na tego ubowca, który do niego przychodził.
Czasem jednak przychodził smutny. Pytałem dlaczego. Nigdy nie chciał powiedzieć. Dusił to w sobie. Tłamsił. Nigdy nie narzekał, nigdy nie powiedział, że ktoś zrobił mu przykrość.
Ale tym cierpieniem potrafił zwyciężać. Szedł swoją drogą, bo uważał, że ta droga, którą obrał, jest dla niego najlepsza.

7.
Czy bolał mnie stosunek świata zewnętrznego do Józia? Tak.
Pamiętam, kiedy rozpoczął msze pod Turbaczem w czasie stanu wojennego – przychodziły tłumy ludzi. Wszyscy czekali, co Józiu powie. Przychodzili swobodnie. I cieszyli się.
Te homilie były przekazem o wolności, podnoszeniem na duchu, dawaniem nadziei.

Ale po jednej z takich mszy nasz znajomy poprosił mnie na rozmowę i powiedział:
– Kaziu, powiedz Józiowi, żeby przestał odprawiać te msze, a przede wszystkim przestał mówić te homilie. To do niczego dobrego nie prowadzi. A szkodzi mu.

Oczywiście nie powtórzyłem tych słów Józiowi. Ale słyszało się takie głosy, że Józiu „siedzi na gałęzi, którą sam sobie podcina”.
On jednak obrał drogę dla ludzi. Dzielił się dobrocią, szacunkiem, nadzieją. Jak mi wielokrotnie mówił: nie chciał być biskupem, żeby siedzieć w złotej klatce. Chciał spotykać się z ludźmi. Dawać im nadzieję i miłość.

8.
Pamiętam ostatnią rozmowę z Józiem. Właściwie nie rozmowę, ale spotkanie. Po operacji już nie mówił.
Skinął na mnie, kiedy leżał w łóżku. Podszedłem. Przytulił moją głowę do swojego serca. I zaczął głaskać. Zaczął głaskać.
A na kartce napisał: „Kaziu, już się żegnamy”.

Potem wziął kartkę jeszcze raz i dopisał:
„Kaziu, weź ten mój strój. Góralski”.
Czyli: kontynuuj to, co robiłem.
I to mi utkwiło.

9.
Oczywiście nie będę filozofem ani księdzem. Ale wiem, że on bardzo lubił góralszczyznę jako spotkanie z innymi ludźmi. I właśnie ta ostatnia rozmowa na kartce doprowadziła do powstania Stowarzyszenia Drogami Tischnera. Powstała rodzina szkół tischnerowskich, która do dziś prężnie działa.

Przypominam sobie też, jak kiedyś poprosiłem go o radę. Odpowiedział prosto:
– Kaziu, jeżeli robisz to dobrze i uważasz, że robisz to dobrze – rób.

A kiedy indziej napisał na kartce:
„Zobaczycie jeszcze, ile wam kłopotu narobiłem”.

Te dwa zdania jakoś się łączą. To ta droga – Drogami Tischnera. Wszystko jest powiązane w całość: dla ludzi, ale i dla mojej rodziny.
I im dłużej go nie ma, tym jest go więcej. Tam, na cmentarzu, leży ciało. Tu jest jego Duch. Duch w szkołach tischnerowskich. Duch w bibliotekach. Duch w książkach.
Między nami cały czas jest. I sądzę, że długo, długo zostanie, bo jego książki zawsze będą aktualne.

Jakie słowa Józia są dziś najważniejsze dla nas wszystkich? Często pytają mnie o to na spotkaniach z młodzieżą.
I wtedy odpowiadam:
– Bądźcie wolni. Bądźcie wspaniałomyślni. Bądźcie prawdziwi.
Z tych trzech kamieni buduje się człowiek.

Tekst ukazał się w numerze 1-2 2025.