Subiektywnie
Sklepowe medytacje
Kawa po wiedeńsku.
Istnieją różne sposoby zdobywania wiedzy o świecie, poznawania go i konfrontowania się z jego prawidłami. Można sobie włączyć wiadomości, można czytać grube, filozoficzne tomiska w bibliotece lub „dokształcać się” na „Uniwersytecie YouTube’a”. Co kto lubi. Byłam już na każdej z tych ścieżek i obecnie, im jestem starsza, tym chętniej wiedzę o świecie czerpię z wizyt w osiedlowym supermarkecie.
Gdy odwiedzam tatę w jego małym mieście, zawsze idę do sklepu na rogu, bo choć tata twierdzi, że: „Nie trzeba nic kupować, bo w domu mamy wszystko”, to wiem, że tam, pomiędzy regałami usłyszę najważniejsze wiadomości z kraju i ze świata, dowiem się, czym obecnie żyje realny, analogowy człowiek z krwi i kości. W osiedlowym supermarkecie chodzi bowiem o dotykanie prawdy w jedyny słuszny sposób, czyli na oko i na ucho.
Tak było i tym razem. Na dworze trwał ciepły koniec lata, gdy usłyszałam donośny, oburzony głos dochodzący gdzieś zza regału z przyprawami. Moje myśli przestały krążyć wokół pięciu rodzajów cynamonu, a ucho wyłapało wysokie dźwięki kobiecego głosu. Jakaś pani monologizowała coś z zaangażowaniem i przejęciem znanym mi tylko z wieców politycznych lub szczepionkowych grup na Facebooku. Uniesiony głos informował, że to skandal, ręce opadają, no niech pani spojrzy! Acha, pomyślałam, czyli jest tam jeszcze jakaś druga osoba, a to oznacza, że zaraz dojdzie do ostrej wymiany poglądów i rozpęta się prawdziwa awanturka światopoglądowa. Ciekawość mnie zżerała, więc cichutko przemknęłam obok pięciu rodzajów cynamonu i podążyłam w stronę nadchodzącej dramy.
Na dziale słodyczy jedna starsza pani wskazywała drugiej starszej pani oskarżycielsko wymierzonym paluchem regał z gadżetami na Halloween. Będzie pojedynek, pomyślałam. Ale ta druga tylko kiwała ze zrozumieniem głową, że racja, racja, święte słowa. Zauważyłam, że dyskretnie chowa za plecami koszyk z zakupami. Pierwsza pani nakręcała się coraz bardziej, że tradycja nie nasza, nie polska. Do tego złodziejstwo, bo te wszystkie nietoperze i dynie są z chińskiego plastiku, a wspieranie tak odległej gospodarki nie jest patriotyczne. Ta druga, choć wciąż grzecznie przytakiwała, równocześnie starała się wycofać. Nadal zasłaniając całą sobą koszyk, powoli zwiększała dystans, tłumacząc, że miło się rozmawia, ale że ziemniaki na gazie i psa trzeba wyprowadzić, więc miłego dnia.
Przy wyjściu zobaczyłam, jak ta druga pakuje zakupy do siatek. Czegóż tam nie było! Podświetlane rogi diabelskie, peruki, kapelusz czarownicy i cały chiński, niepatriotyczny plastik tego świata.
Pomyślałam sobie, że jak mam się na kimś w życiu wzorować, to powinnam na swoją przewodniczkę duchową wybrać właśnie tę kobietę. Przecież mogła z tą pierwszą wejść w dyskusję. Mogła rozpętać jakąś sąsiedzką dramę w imię udowodnienia wyższości swojej racji. Mogła się unieść honorem i bronić zażarcie prawa do spędzania czasu, jak kto lubi. Mogła jej po prostu odfuknąć i ją zignorować.
Tymczasem ona nie dość, że dała się tamtej wygadać, to jeszcze wysłuchała, a nawet pokiwała głową ze zrozumieniem. Potem i tak zrobiła wszystko po swojemu, ale uniknęła eskalacji konfliktu. Ta kobieta mogłaby uczyć mnichów buddyjskich spokoju, polityków dyplomacji, a antyterrorystów metod porozumienia bez przemocy.
Czy to ma znaczenie, kto jak chce żyć czy świętować? Czy to nie ten sam chiński plastik kupujemy bez żenady w postaci zajączków wielkanocnych, choinek bożonarodzeniowych, elfów i kogucików na druciku? Może wszyscy moglibyśmy poluzować gumkę w majtkach, nic nikomu nie udowadniać, tylko robić swoje i żyć, jak chcemy? Tu nikt nie ma racji, bo każda racja jest najmojsza, więc na cholerę się kłócić?
Ilustracja: fot. Tomasz Salamoński