PARTNER PROJEKTU:

thumbnail Noty ze świata

Kolacja ze Straussem

Magda Huzarska-Szumiec
Noty ze świata Magda Huzarska-Szumiec

Niech żyje bal!

Na bal w Operze Wiedeńskiej pewnie nigdy nie uda mi się dostać. Tak jak większości z was. No i trudno. Podczas Strauss dinner show można bawić się równie dobrze, a może nawet lepiej, bo karnawał na Praterze trwa przez cały rok.

Marzyłyście kiedyś, Drogie Panie, by choć raz w życiu w tiulowej sukni wirować w rytmie walca w ramionach eleganckiego mężczyzny? A wy, Drodzy Panowie, czy nie myśleliście o tym, by włożyć smoking lub frak i popłynąć w rytm straussowskich dźwięków? Nawet jak przecząco odpowiecie na moje pytanie, i tak wam nie uwierzę. Ja w każdym razie zawsze śniłam o balu, podczas którego poczułabym się jak prawdziwa księżniczka.

Najlepszym do realizacji takich guilty pleasure jest Wiedeń, miasto, w którym co roku można tańczyć na ponad 450 balach. Początkowo ta przyjemność była zarezerwowana tylko dla elit, ale w połowie XIX wieku cesarz Franciszek Józef I dał prawo organizowania balów wszystkim obywatelom. Stąd dzisiaj wysyp zabaw wielu grup zawodowych, od cukierników, prawników, lekarzy, po filharmoników. Ci ostatni na ten jeden wieczór odkładają instrumenty, dając się porwać dobrze sobie znanym melodiom w wykonaniu kolegów po fachu. Jednak w rankingu najważniejszych tanecznych nocy od zawsze zwycięża bal w Operze Wiedeńskiej.

By się na niego dostać, trzeba być arystokratą, słynnym politykiem, sportowcem, gwiazdą kina, albo po prostu nosić nazwisko Svarowski. W tym roku sensację w operze wzbudziła stąpające po czerwonym dywanie Sharon Stone. Była też gwiazda opery Anna Netrebko, legenda futbolu Herbert Prohaska, Iris Law – córka Jude’a Law, a nawet Al Bano, który w wieku 82 lat postanowił wreszcie spełnić swoje marzenie i wziąć udział w wiedeńskim wieczorze. Gdy takie towarzystwo gromadzi się w jednym miejscu, nie może obejść się bez choćby małych skandali. I tak Sharon Stone doznała ataku paniki.  Musiała więc na jakiś czas opuścić operę, udać się do sąsiadującego z nią hotelu Sacher, gdzie ukoiła nerwy szampanem. Szybko jednak wróciła, by móc przyjrzeć się eurodeputowanej i aktywistce klimatycznej Lenie Schilling, która ozdobiła swoją suknię hasłem „Opodatkować bogatych – uratować klimat”, dając tym do zrozumienia, że uważa wiedeński bal nie tylko za scenę glamour, ale też miejsce, gdzie powinno mówić się o ważnych rzeczach.

O tym wszystkim mogłam dowiedzieć się jedynie z austriackiej prasy. Bal w operze pozostaje dla mnie wciąż w sferze snu. Ale że nie mam zwyczaju tak łatwo się poddawać, zamiast stać pod historycznym budynkiem i przyglądać się wchodzącym do niego gościom, postanowiłam znaleźć miejsce, gdzie miałam szansę na własnej skórze poczuć atmosferę wiedeńskiej nocy. W tym celu udałam się do może mniej eleganckiej, ale równie wiekowej dzielnicy. Na Praterze, od końca  XIX wieku istnieje lunapark z prawdziwego zdarzenia, z diabelskim młynem i wagonikami przejeżdżającymi przez dom strachów. Wśród karuzel i strzelnic stoi tam też duży namiot. By wejść do jego wnętrza, noszącego adekwatną nazwę Mirage, trzeba przemierzyć czerwony dywan. Za drzwiami czekają portierzy, którzy uczestnikom Strauss dinner show wskazują wykwintnie zastawione stoły.

Od tego zaczyna się wieczór z muzyką Johanna Straussa, wykonywaną na żywo w bezpretensjonalnej atmosferze, wśród żartów dyrygenta, który jest tu prawdziwym showmanem. Wprowadza swobodną atmosferę zabawy, a goście z całego świata dają się uwieść granym przez jego orkiestrę rytmom walca Nad pięknym modrym Dunajem czy Marsza Radetzky’ego. Do muzyków dołączają niebawem tancerze i przechadzająca się po sali sopranistka, która śpiewa utwory z epoki. Kiedy następuje przerwa w występach, kelnerzy serwują pyszne dania kuchni austriackiej: na przystawkę tatara z delikatnej wołowiny lub jego wersję wegetariańską, jako danie główne rostbef z ziemniakami albo tradycyjne kluseczki z sera, a na deser fondant czekoladowy ze świeżymi owocami.

Oklaski przy finałowym utworze nie zakończyły imprezy. Goście, poderwali się od stolików i zaczęli tańczyć, bawiąc się równie dobrze, a może i lepiej niż uczestnicy ekskluzywnej imprezy kilka ulic dalej. Przyznam się, że ja też nieco zaszalałam. I choć będę w dalszym ciągu marzyć o balu w operze, to chętnie jeszcze raz wrócę na Prater. Tym bardziej, że w Strauss dinner show można brać udział nie tylko w karnawale, ale przez cały rok.